19 lut 2014

Żeby pamiętali

W okresie międzywojennym miasteczko Łyntupy znajdowało się w granicach Polski, na terenie powiatu święciańskiego województwa wileńskiego, a po sowieckiej agresji, od 15.01.1940r. w składzie powiatu święciańskiego Białoruskiej SSR. 25.11.1940r. administracyjnie zostało wcielone do powiatu (rejonu) postawskiego Białorusi.

O masowym rozstrzeliwaniu ludzi w Łyntupach w 1942 roku, podczas niemieckiej okupacji, po raz pierwszy usłyszałem od mojej babci jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Opowiadała ona, że ta akcja była jakoby zemstą Niemców za to, że partyzanci radzieccy zabili wysokich urzędników niemieckiej administracji okupacyjnej. Mówiła, że Niemcy wtedy schwytali po pięćdziesięciu mężczyzn w każdej z podłyntupskich wiosek i wszystkich rozstrzelali.

Na Białorusi w czasach radzieckich wiele pisano o «bestialstwach hitlerowców», ale, chociaż bardzo to dziwne, o mordzie w Łyntupach informacji prawie nie było. W nielicznych źródłach wspomniane jest, że w odpowiedzi na zabicie przez radzieckich partyzantów wilejskiego Gebietskommissara Becka i kierownika żandarmerii Kriela, Niemcy rozstrzelali «około 200 mieszkańców Łyntup i najbliższych wsi». I to wszystko. Żadnych szczegółów tego krwawego przestępstwa nie podawano. Być może brak zainteresowania tematem u radzieckich historyków można wytłumaczyć tym, że komunistyczne władze nie chciały «rzucać cienia» na radzieckich partyzantów, a raczej dywersantów, którzy faktycznie sprowokowali Niemców do tego przestępstwa, przygotowawszy zasadzkę w gęsto zaludnionym terenie.

Były wychowanek szkoły NKWD a później partyzant N. Romanow wspominał: "Nas uczyli prowokować Niemców, żeby popełniali duże przestępstwa i w ten sposób powiększali ilość partyzantów". To znaczy, że radzieckie kierownictwo miało nadzieję, że im więcej Niemcy popełnią przestępstw, tym więcej ludzi przyjdzie do lasu do oddziałów partyzanckich.

Przygotowując poniższy materiał spróbowałem znaleźć informacje o tej zbrodni w białoruskojęzycznym Internecie i nic nie znalazłem. Widocznie od czasów ZSRR w Białorusi mało co się zmieniło. Radzieccy partyzanci są tam «bohaterami» nadal.

Więc co się naprawdę zdarzyło się w maju 1942 w Łyntupach i okolicy?

W książce "Ludzie naroczańskiego kraju: wspomnienia uczestników walki rewolucyjnej i Wielkiej Wojny Ojczyźnianej ", (Mińsk , 1975r.) jest zacytowany fragment ze wspomnień byłego oficera Armii Czerwonej a później partyzanta Włodzimierza Saulewicza, który powiedział: "W maju 1942 roku dowiedzieliśmy się, że Gebietskommissar Beck pojedzie ze Święcian do Łyntup. Postanowiliśmy zlikwidować go […]. Wyznaczono do tej operacji ludzi. W skład grupy weszli Markow, ja, Smirnow, Baluckij i Małygin. Nasz łącznik zawiadomił, że 20 maja 1942 roku Beck wyjedzie ze Święcian do Łyntup. W ten dzień o czwartej rano nasza grupa wyszła lasem do drogi […]. Koło ósmej zobaczyliśmy szybko jadący samochód osobowy. Z odległości dwudziestu metrów strzeliłem do kierowcy. W tej chwili Markow i Baluckij otworzyli ogień do siedzących w samochodzie hitlerowców. Kierowca szybko otworzył drzwi i, kulejąc, ponieważ trafiłem go w nogę, wyskoczył z samochodu. Chciał uciec w las, ale strzeliłem jeszcze dwa razy w jego plecy i upadł. […] Kiedy rozbieraliśmy Becka, Małygin zauważył na jego ręce pierścień z brylantem. Zdjął go. […]. Zabrawszy broń, dokumenty i umundurowanie, podpaliliśmy samochód i odeszliśmy do lasu … […] Ruszyliśmy do Nowosiółek, do Iwana Wasiljewa, wuja Markowa».

Tu warto wyjaśnić, że Fiodor Markow w 1941r. ukończył kurs dla dywersantów w szkole NKWD, która znajdowała się we wsi Białe Wody pod Briańskiem. W sierpniu 1941r. kierowana przez niego dywersyjna grupa «170-Б» była wysłana na niemieckie tyły do byłego powiatu postawskiego dla prowadzania tam dywersji. Później na bazie jego grupy zorganizowano partyzancki oddział im. A. Suworowa, a już w listopadzie 1942. roku, w Smyckim Lesie (pod Duniłowiczami), na bazie oddziałów im. „A. Suworowa” i „Niszczyciel”, powstała Brygada im. K. J. Woroszyłowa, dowódcą której został F. Markow.

Natychmiast po napadzie w najbliższych wsiach (Szudowce, Girucie, Łyntupy …), jak również w miasteczku Święciany Niemcy zaczęli łapać zakładników. Według wspomnień miejscowych mieszkańców - po pięćdziesięciu mężczyzn z każdej wsi.

Istnieją świadectwa, że okupanci rozpowszechnili ogłoszenia (lub ulotki), w których proponowali, by ci, którzy brali udział w napadzie poddali się, obiecując w takim przypadku wypuszczenie zakładników. W oddziale Markowa te ogłoszenia czytali, kręcili palcem przy skroni i podśmiewali się z naiwności Niemców. Mówili: «Durniów wśród nas nie ma». A Niemcy swego słowa dotrzymali i rozstrzelali kilkuset zakładników. Większości tych mordów dokonały jednostki litewskiej policji kolaboracyjnej.

Jednym z zakładników był Justyn Klip, mieszkaniec wsi Girucie. Kiedy do Giruć przyjechali Niemcy, pracował w obejściu gospodarstwa. Jego żona Apolonia, zobaczywszy Niemców, powiedziała mężowi, żeby uciekł do lasu. Ale Justyn na to odpowiedział: «Przecież nic nie zrobiłem, więc czego mam uciekać.». Niemcy wyprowadzili go i dołączyli do kolumny schwytanych Girucian. Pogoniono ich przez las w stronę Łyntup. W trakcie marszu jednemu z zakładników udało się uciec. Skoczył między drzewa i mimo strzałów konwojentów uciekł. W Łyntupach zakładników postawiono naprzeciwko karabinu maszynowego. W pewnym momencie mężczyźni odwrócili się i zaczęli uciekać do pobliskiego lasu. Niektórzy nawet mimo odniesionych ran uciekli i przeżyli. Jeden z nich opowiadał potem żonie Justyna Klipa, jak jej mąż biegł obok niego, jak w pewnym momencie krzyknął, chwycił się za głowę i upadł.

Jak później opowiadali inni mieszkańcy Łyntup leżących rannych dobijano, a kolejnych egzekucji dokonali już litewscy policjanci, którzy byli „bardziej staranni” niż Niemcy, i wtedy nikomu nie udało się uciec. Po tej masakrze Apolonia Klip pozostała sama z trzyletnią córeczką.

Gdański Oddział IPN (Instytut Pamięci Narodowej) – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – prowadził śledztwo w sprawie tej zbrodni zabójstwa przez rozstrzelanie w dniach 19 i 20 maja 1941r. na terenie byłego powiatu Święciany (woj. wileńskie) około czterystu osób przez funkcjonariuszy policji niemieckiej i kolaboracyjnej policji litewskiej. W toku śledztwa przesłuchano kilkudziesięciu świadków, przeprowadzono kwerendy w archiwach polskich i litewskich, uzyskując dokumenty pochodzące z różnych źródeł. Wykonane czynności pozwoliły ustalić dziesiątki nazwisk zamordowanych osób, ale, niestety, nie doprowadziły do ujawnienia dokładnej liczby ofiar.

Pretekstem do tej zbrodni było zabicie przez dywersantów radzieckich z oddziału dywersyjnego «170-Б», dowodzonego przez Fiodora Markowa, dwóch urzędników niemieckich władz okupacyjnych i komendanta obozu jenieckiego. Formalnie to był akt zemsty, a faktycznie tylko wyłącznie akt ludobójstwa, dokonany na ludności polskiej. W ramach represji zatrzymano co najmniej czterystu mieszkańców byłego powiatu święciańskiego, głównie polskich inteligentów i rolników. Zostali oni rozstrzelani w Łyntupach, w Święcianach na żydowskim cmentarzu i w kilku innych miejscowościach na terenie gmin Komaje, Hoduciszki, Kiemieliszki i Twerecz w dniach 19 i 20 maja 1942r.

Ustalono też, że tą akcją ludobójczą kierował major litewskiej policji kolaboracyjnej Jonas Maciulewicius. Brały w niej udział: niemiecka policja bezpieczeństwa, litewskie oddziały policji ze Święcian, Nowych Święcian i Łyntup oraz Wileński Oddział Specjalny.

W 1950 roku przed Sądem Apelacyjnym w Olsztynie toczyło się postępowanie karne przeciwko Jonasowi Maciulewiciusowi, schwytanemu we francuskiej strefie okupacyjnej i wydanemu władzom komunistycznym w Polsce w 1948r. Wyrokiem z 2 maja 1950r. został on skazany na karę śmierci, między innymi za branie udziału w tej zbrodni. Wyrok wykonano 12 grudnia 1950r.

Niestety, prowadzone wtedy śledztwo nie doprowadziło do wykrycia pozostałych wspólników (uczestników) tej zbrodni. W styczniu 2005r. IPN umorzył postępowanie w sprawie, w części dotyczącej skazanego już wcześniej Jonasa Maciulewiciusa oraz pozostałych sprawców, których nie wykryto. Dzięki śledztwu ustalono wiele nazwisk zamordowanych ludzi.

Robert Daniłowicz w artykule „Lenin na bocznym torze” twierdzi, że w sumie w maju 1942r. na terenie byłego powiatu święciańskiego zamordowano ponad pięćset ludzi. W każdym razie można z pewnością mówić, że liczba ofiar tej zbrodni wojennej napewno przekracza czterysta osób.

Faktycznie nie była to „akcja odwetowa” na bezsensowne zamordowanie przez sowieckich dywersantów, dowodzonych przez Fiodora Markowa, trzech niemieckich funkcjonariuszy, bo nie mordowano sowieckich dywersantów lub partyzantów. To był wyłącznie tylko akt ludobójczy, „czystka” ludności polskiej. Akcja Markowa była tylko pretekstem, bo Polacy nie mieli z tym napadem nic wspólnego, oni z bandytami Markowa nigdy nie współpracowali. Zarówno Niemcy jak i Litwini doskonale o tym wiedzieli.

Warto zaznaczyć, że w czasie wojny jednostki litewskiej policji kolaboranckiej niejednokrotnie uczestniczyły w mordowaniu polskiej ludności cywilnej na Wileńszczyźnie. Karne działania w maju 1942 r. nie były jedynymi. Żołnierz 5. Wileńskiej Brygady AK Edward Pisarczyk «Wołodyjowski» wspominał: „Przybył do Glinciszek (w 1944r.) silny oddział Litwinów i urządził rzeź polskiej ludności cywilnej. Policjanci rozstrzeliwali mężczyzn na miejscu, gdzie kto stał, kobiety zabijali kolbami, dzieciom rozbijali głowy o mur i wrzucali drgające jeszcze zwłoki do rowu. Zamordowali wtedy około czterdziestu osób, wszystkich Polaków mieszkających w Glinciszkach, a także przybyłych z innych wsi...”.

Tragedia mieszkańców byłego powiatu święciańskiego była jedną z wielu, świadczącą o planowej polityce ludobójstwa w stosunku do polskiej ludności cywilnej, którą urzeczywistniali naziści i ich pachołki z litewskich kolaboranckich jednostek na okupowanych terytoriach byłego województwa wileńskiego.

P.S. Serdecznie dziękuję blogerowi „Wojciechowi z Wrocławia” za przysłane
wspomnienia i kopie zdjęć.

Justyn Klip podczas służby w WP, stoi 10-y od prawej
Justyn Klip podczas sużby w WP
Apolonia Klip
Artykuł z wileńskiej kolaboracyjnej gazety "Goniec Codzienny" (Nr. 259, z 22.05.1942 r.)

Artykuł z wileńskiej kolaboracyjnej gazety "Goniec Codzienny" (Nr. 261, 24.05.1942 r.)

2 komentarze:

  1. Serdecznie dziękuję za bardzo ciekawy materiał. Ten temat jest prawie nieznany u nas, a to są tragiczne losy wielu rodzin.

    OdpowiedzUsuń
  2. Super wpis. Pozdrawiam i czekam na więcej.

    OdpowiedzUsuń