11 maj 2012

Partyzancki antysowiecki ruch na postawszczyźnie i w innych regionach Białorusi w latach 1944-1956

Po zwycięstwie nad faszystowskimi Niemcami i Japonią, Związek Radziecki przez wiele lat toczył wyczerpującą i skrajnie okrutną wojnę na froncie wewnętrznym. Wybuchały walki partyzanckie w republikach bałtyckich, w zachodniej Białorusi i Ukrainie. Historia antysowieckiego ruchu partyzanckiego na Białorusi w latach 1944-56 do dziś okrywa zasłona tajemnicy. Dokumenty na ten temat znajdują się w zamkniętych archiwach KGB-FSB i nikt nie spieszy się z ich ujawnieniem. 

Informacje, jakie przedostają się do mediów, są bardzo oszczędne, często sprzeczne i tendencyjne. Wszelkie formy polsko-białoruskiego oporu podejmowane w okresie powojennym prasa białoruska i rosyjska określa mianem „bandytyzmu”, a samych partyzantów nazywa „bandytami”. Nie ma w tym nic dziwnego: historię piszą przecież zwycięzcy - tak, jak im wygodnie. Niestety, historia to nauka, w której nader często interpretacja bierze górę nad faktami, a każdy z interpretatorów ma własne polityczne, nacjonalne i inne upodobania. Oficjalna wersja historii, prezentowana przez podporządkowanych Łukaszence historyków i publicystów, przefiltrowywana jest przez pryzmat ideologii lat 1930-40 ubiegłego stulecia. Zgodnie z nią, w ZSRR, a więc także w BSRR, wszystko było dobre, szczęśliwi ludzie tańczyli i śpiewali, nie było ani obozów koncentracyjnych, ani masowych egzekucji tysięcy niewinnych ludzi. I tylko źli „bandyci” przeszkadzali w budowaniu „świetlanej przyszłości”. 

Tak, niewątpliwie istnieli w tym czasie bandyci i kolaboranci, którzy ukrywali się w lasach, chcąc uniknąć odpowiedzialności za współpracę z Niemcami. Takie są fakty. Jednak znakomita większość partyzantów to ludzie, którzy walczyli z sowiecką władzą z pobudek czysto ideologicznych. Tym, co ich łączyło i co nimi kierowało, była nienawiść do krwawego stalinowskiego reżimu. Dlatego też wielce niesprawiedliwym jest stawianie w jednym szeregu powojennych bojowników ruchu oporu i zwykłych bandytów. 

Polscy i białoruscy partyzanci nie mieli wspólnego dowództwa, przyświecały im też inne cele. Jednak ani jedno z ugrupowań nie zamierzało odnieść zwycięstwa w tej wojnie. Wszyscy rozumieli, że to niemożliwe. Strategia oporu opierała się na oczekiwaniu na interwencję wrogich Moskwie sił zewnętrznych. Dlatego też na szeroką skalę wykorzystywano metody wojny zaczepnej i akcje dywersyjno-terrorystyczne. 

Jedni żywili nadzieję na odrodzenie niepodległego państwa polskiego w jego granicach z 1939 roku, inni walczyli o niepodległą Białoruś. Obie strony doskonale zdawały sobie jednak sprawę z tego, że cele te mogą osiągnąć jedynie z pomocą z zewnątrz. Widzieć jedynie te dwa powody, dla których Polacy i Białorusini chwycili za broń, byłoby jednak zbytnim uproszczeniem. Wielu uciekało do lasu, aby uniknąć więzienia lub zsyłki na Sybir, ktoś chciał uniknąć odpowiedzialności za współpracę z Niemcami, dla innych decydujące znaczenie miała chęć zemsty. Pragnęli pomścić niesłusznie skazanych i rozstrzelanych przez sowieckie władze krewnych i przyjaciół. 

Duże znaczenie miała też chęć uniknięcia przymusowej służby w Armii Czerwonej. W owym czasie Polacy (i wielu Białorusinów) uważało Rosję sowiecką za okupanta. W dokumentach archiwalnych nie brak tragicznych opisów przebiegu mobilizacji do Amii Czerwonej. To tylko jeden z nich: „15. lipca 1944, gdy prowadzono z miasteczka Soły do Wilejki stu pięćdziesięciu dziewięciu poborowych, część zaczęła uciekać do lasu. Eskortujący ich żołnierze użyli broni, w wyniku czego zabito osiemnaście osób, a dwadzieścia zostało rannych. Pozostali uciekli. Do Wilejki dotarło tylko trzech.... 

Las dawał schronienie także uciekinierom ze szkół kształcenia fabrycznego, do których młodzież rekrutowana była pod przymusem. Ucieczka z takiej szkoły była "przestępstwem". Przyczyny, dla których ludzie zbiegali do lasu, były różne, niekiedy dosyć kuriozalne. Przykładem może być historia stróża z kołchozu – Gierasima Mielnika. W październiku 1945 r. w Zarządzie NKWD obwodu mińskiego zgłoszono „akt terrorystyczny”, do którego doszło w kołchozie „Czerwona Kalina”. W jego wyniku zginął przewodniczący kołchozu Mikołaj Łukaszewicz. W toku dochodzenia ustalono następujący przebieg wydarzeń: „8. października wspomniany Łukaszewicz, będąc pod wpływem alkoholu, namówił swojego towarzysza, aby pójść do gospodarstwa nr 10 w celu przeprowadzenia rewizji u obywatelki Strzelec Eleny, na okoliczność znalezienia i zarekwirowania żyta, które ona rzekomo przywłaszczyła. Zabrali ze sobą dwóch młodych aktywistów. Około 9.00 wieczorem wspomniani obywatele przyszli do domu ob. Strzelec i wszyscy czterej zaczęli przeprowadzać rewizję”.
           
Ale o kołchozowym życie zapomnieli zaraz po przekroczeniu progu. Przewodniczący kołchozu zaczął bić dziesięcioletniego syna Strzelec, chcąc się dowiedzieć, gdzie ukrywają skórzane buty. Elena pobiegła po pomoc do brata, Gierasima Mielnika, kołchozowego stróża, który z niemieckim karabinem strzegł spichlerza. Widząc zapłakaną siostrę, Gierasim pobiegł do jej domu. Wróćmy teraz do protokołu czekistów: „Mielnik zapytał Łukaszewicza – „co ty tu robisz”, i w tym momencie padł wystrzał, w wyniku którego śmierć poniósł Łukaszewicz Mikołaj, a pozostali uciekli. Przewodniczący ubrany był w półkożuch należący do Strzelec Eleny”. Jak podaje raport NKWD, Mielnik uciekł w nieznanym kierunku, z karabinem.
            
Opierając się na informacjach, które udało mi się zdobyć, jedynie nakreśliłem problem, który, mam nadzieję, w przyszłości będzie dogłębnie zbadany przez historyków. Zdaję sobie sprawę z tego, że w tekście mogą być błędy lub pewne nieścisłości, wynikające z niemożliwości weryfikacji niektórych faktów.
             
Polscy badacze szacują, że w oddziałach wileńskiego, nowogródzkiego i poleskiego okręgu AK, w pierwszych latach po wojnie działało około dwadzieścia tysięcy osób, a kolejne czterdzieści tysięcy prowadziło działalność konspiracyjną. 

Dla porównania: w oddziałach Białoruskiej Wyzwoleńczej Armii (BWA lub „Czarny Kot”) służyło nie więcej niż trzy - cztery tysięcy ludzi, a dziesięć- piętnaście tysięcy działało w konspiracji. Ponadto w niektórych południowych rejonach republiki działało kilka tysięcy członków Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). 

Niekiedy na terytoria przygranicznych rejonów BSRR przedostawali się partyzanci z „Lietuvos laisves armija” (Litewska Armia Wolności), prześladowani w swoim kraju przez służby bezpieczeństwa. Na przykład na Brasławszczyźnie (Białoruś) przez pewien czas istniał oddział (czy raczej grupa) dowodzony przez niejakiego „Rokasa”. Najliczniejszą i najlepiej zorganizowaną grupę na terytorium BSRR w okresie powojennym stanowiła polska Armia Krajowa.
            
W rejonie postawskim i pobliskich terenach bardzo aktywny był oddział AK pod dowództwem „Orlika”. Nie udało mi się niestety ustalić tożsamości dowódcy. Prawdopodobnie był to porucznik Witold Orlik ps. „Tur”. Według szacunków strony sowieckiej, jego oddziały, stacjonujące w Smyckim lesie w rejonie Duniłowicz (pod Postawami), liczyły około dwieście osób. 

Poza oddziałem „Orlika” na Postawszczyźnie funkcjonowały też pomniejsze grupy. W notatce z 9.08.1945r. Ławrentij Beria donosił Stalinowi o likwidacji 26.04.1945r. „bandy” w okolicach Duniłowicz.  Jej przywódca, Józef Maciuszonek, został wzięty do niewoli.
              
W tej samej miejscowości działał również antysowiecki oddział partyzancki Kobylińskiego. Sam dowódca mógł być krewnym Wiktora Kobylińskiego, aresztowanego w 1940 r. przez NKWD (jak podawał tekst oskarżenia, we wrześniu 1939. Kobyliński miał zorganizować grupę zbrojną, która ostrzelała kolumnę sowieckich wojsk). Po rozgromieniu oddziału Kobylińskiego dowództwo nad resztką jego ludzi przejął były podoficer Wojska Polskiego, kapral Antoni Tajnowicz, ps. „Gil”. Okupanci zlikwidowali jego grupę w 1947 r. W dokumentach  MGB (Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego, odpowiednik Polskiego UB) figuruje ona jako „polska banda”.

Jedna z najstarszych mieszkanek wsi Żyguny (postawski powiat Białorusi) wspominała, że po wojnie do wsi przychodzili polscy partyzanci z AK, żeby umyć się w łaźni.  Z jakiegoś powodu ci młodzi chłopcy pozostali w pamięci staruszki nie z automatami w rękach, a w białych koszulach, rozgrzani kąpielą  i umyci. Po łaźni bawili się z wiejskimi dziećmi, grali z nimi, wycinali drewniane zabawki. "Żałosne było,  kiedy tych chłopców NKWD zabito" mówiła babcia. "Ktoś ich wydał, kiedy nocowali w sąsiedniej wsi Mickiany (postawski powiat). Wtedy Aкowcy ostrzeliwali się długo, a potem ostatnimi nabojami zastrzelili się. Młode takie byli chłopaki, wesołe. Bardzo mnie ich żal...".

A to historia, jaką opowiedział w wywiadzie dla Polskiego Radia partyzant AK, były mieszkaniec wsi Falewicze, powiatu postawskiego, Józef Rusak: „Kiedy w lipcu 1944 r. przyszli Sowieci, to my (moja grupa) już nie walczyliśmy z nimi aktywnie. Pewnego razu przyszła do mnie grupka miejscowej ludności. Skarżyli się na przewodniczącego swojej rady wiejskiej. Twierdzili, że pije, kradnie i zachowuje się jak zwykły bandyta. Na koniec poprosili, żebyśmy go zastrzelili. Zgodziłem się, ale potem pomyślałem, że jednak nie godzi się zabijać człowieka bez śledztwa i wyroku sądu. Jestem człowiekiem wierzącym, nie chciałem mieć na sumieniu ciężkiego grzechu, postanowiłem więc działać inaczej. Wziąłem ze sobą ośmiu  ludzi. Przebraliśmy się w sowieckie mundury. Ja założyłem mundur starszego lejtnanta (oficerski stopień wojskowy). Powiedziano nam, dokąd ten człowiek będzie jechał, którędy. Zastawiliśmy na niego pułapkę w lesie. 

Gdy zobaczyłem bryczkę, wyszedłem na drogę i kiwnąłem, żeby się zatrzymała. Widząc „sowieckiego” oficera, przewodniczący zatrzymał się, niczego nie podejrzewając. Wówczas dwóch moich ludzi zabrało mu pistolet TT, teczkę z dokumentami, i zaciągnęło go do lasu. Tam wyjaśniliśmy „towarzyszowi”, że nie należy tak postępować z ludźmi. Mieliśmy ze sobą kilka butelek samogonu i zmusiliśmy go, żeby to wypił. Nie chciał, więc wlaliśmy mu go do gardła siłą. Po pewnym czasie stracił przytomność. Wziąłem jego pistolet i ostrzelałem bryczkę. Potem posadziliśmy go w bryczce, do kieszeni włożyliśmy mu jego pistolet i wyprowadziliśmy pojazd na drogę. Koń sam poszedł do wioski, do sielsowietu. Zrobił się raban, wezwano milicję. Tak jak myślałem, milicja doszła do wniosku, że przewodniczący napił się, zgubił służbowe dokumenty i jeszcze po pijaku ostrzelał bryczkę. Jeden z milicjantów powiedział mu: „konia mogłeś zastrzelić, łachudro”. 

Przewodniczący próbował się tłumaczyć, płakał, mówił, że bandyci go spoili i zabrali dokumenty, ale nikt mu nie wierzył. Nie zabili go przecież, nie zabrali nawet pistoletu. Sąd skazał go na dziesięć lat pozbawienia wolności. I tak wybawiliśmy ludzi od tego człowieka, a sumienie miałem czyste […]. 

Bliżej zimy 1944/45 pojawiły się ulotki, nawołujące, żebyśmy się poddali, wyszli z lasu. Wiedzieliśmy, że jeśli wyjdziemy, to albo na miejscu nas rozstrzelają, albo wyślą na Sybir. Nadeszła zima. Rosjanie mieli nadzieję, że uda im się nas wytropić po śladach na śniegu. Podzieliliśmy się na grupy trzy- czteroosobowe i zatrzymaliśmy się u polskich rodzin. Nikt nam nie odmówił schronienia i nikt nas nie wydał. Najczęściej ukrywaliśmy się w jamach „wykopanych” w sianie. A jak tylko śnieg stopniał, podziękowaliśmy gospodarzom i wróciliśmy do lasu…”.
           
W sprawozdaniu z działalności CK KP(b)B od lipca 1944 r. do lipca 1946 r. czytamy: „bandyckie ugrupowania, które uformowały się w ciągu pierwszego roku po wygnaniu Niemców, to duże, dobrze uzbrojone i wyposażone jednostki wojskowe, dowodzone przez doświadczonych konspiratorów i oficerów. Podczas likwidacji band zarekwirowano 211 miotaczy min, 195 broni przeciwczołgowej, 3587 karabinów, 68 777 automatów i wintowek, 2979 pistoletów, 36078 granatów i min, 40 aparatów kopiujących, 47 krótkofalówek”.
            
Dla stłumienia oporu w zachodnich i północno-zachodnich obwodach Białorusi, Moskwa stworzyła sześć centrów operacyjnych MGB, między innymi w Mołodecznie. Na terytoria te w 1945 r. wysłano trzynaście pułków wojsk NKWD, łącznie 18 890 żołnierzy i oficerów. 

Zwróćmy uwagę, jak ogromna była to ilość wojsk. A propaganda sowiecka utrzymywała, że ich armia walczy z „bandytami i przestępcami”. Dowództwo nad antypartyzanckimi operacjami w BSRR objęli ministrowie MWD i MGB (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Ministerstwo Państwowego Bezpieczeństwa) Canawa i Bielczenko. 

W obwodzie mołodeczańskim (do którego po wojnie włączyli i rejon postawski) operacjami dowodził naczelnik zarządu MGB, pułkownik Wiktor Alencew. Mimo podjętych wysiłków sowietom nie udało się osiągnąć zamierzonych celów. Ludność polska wspierała partyzantów, zaopatrywała ich w żywność, ukrywała rannych. 

Pierwszy sekretarz juratyskiego (Juraciszki) komitetu rejonowego pisał o sytuacji w rejonie: „przeważnie bandyci z miejscowej ludności. Są rodziny, w których dwóch, trzech  mężczyzn należy do bandy. Z rodzinami bandytów należy się bezwzględnie rozprawić, przesiedlić ich, zarekwirować majątek, a samych bandytów, złapanych chociażby bez broni, bezwzględnie rozstrzelać lub zesłać na ciężkie roboty”.
             
W czerwcu 1945 r. na graniczących z Litwą terytoriach Białorusi przeprowadzono na szeroką skalę operację antypartyzancką, w której uczestniczyło 3250 żołnierzy i oficerów wojsk NKWD. Partyzantom udało się wyrwać z pułapki, jednak, jak podała strona sowiecka, ponieśli duże straty – sto jedenaście osób zginęło, trzydzieści sześć dostało się do niewoli.
             
W sąsiadującym z postawskim, brasławskim  i widzewskim rejonach, działały oddziały AK liczące około pięćset ludzi. Do walki z nimi władze sowieckie wykorzystywały nie tylko regularne jednostki bojowe, ale również siły powietrzne (bombardowanie lasu). NKWD niejednokrotnie donosiło o całkowitym rozgromieniu „bandytów”, ale zawsze okazywało się to nieprawdą. 

W rezultacie świetnie przygotowanej operacji partyzantom udało się przejąć szesnaście teczek z dokumentami przeznaczonymi dla brasławskiego oddziału MGB (UB). Wszystkie dokumenty nosiły adnotację „tajne” i „ściśle tajne”. Złotymi zgłoskami zapisali się na kartach historii dowódcy brasławskich i widzewskich partyzantów Stanisław Bieluś „Skrzetuski”, Kazimierz Stabułaniec „Miłosz”, Franciszek Wiśniewski (niestety te nazwiska w Polsce do dziś są mało znane). Partyzanci dysponowali radiostacją, co pozwalało im utrzymywać kontakt ze strukturami w Londynie. Ostatnia grupa uzbrojonych Polaków na brasławszczyźnie była zlikwidowana dopiero w 1954 r., a więc dziesięć lat po zakończeniu wojny.
          
Mimo że 19. stycznia 1945 r. gen. Okulicki wydał rozkaz o rozwiązaniu AK, większość ludzi, spodziewając się represji ze strony sowietów, z lasu nie wyszła. W 1946 r. władze rozpoczęły szczególnie aktywną walkę z „bandytyzmem” . Pierwsza operacja na szeroką skalę przeprowadzona była w obwodzie mołodeczańskim (do którego należał i rejon postawski) jako najbardziej „skażonym bandytyzmem”. Wysłano tam specgrupy NKWD, MGB i regularne oddziały wojskowe. Według sowieckich danych, w ciągu pięciu miesięcy zlikwidowano dwadzieścia pięć grup partyzanckich (do końca czerwca w całej republice zlikwidowano dziewięćdziesiąt siedem oddziałów i organizacji podziemnych).
    
Była mieszkanka rejonu postawskiego, Jadwiga K., tak wspomina tamte lata: „...okres po wojnie był trudny, ale młodość brała, co do niej należy. Młodzi spotykali się, razem śpiewali, organizowali potańcówki. Przy akordeonie tańczyli tak, że szyby w oknach się trzęsły. Wszyscy razem, Polacy, Białorusini. Nikogo nie obchodziło, jakiej kto jest narodowości. Jeśli zdarzały się bójki, to albo z powodu dziewczyny, albo wieś przeciwko wsi. Wtedy nasi chłopcy walczyli z sowietami, dlatego NKWD często organizowało obławy. Wtedy cały rejon znał Zwieriewa. Nie pamiętam już, kim on dokładnie był, minęło tyle lat…. może naczelnikiem postawskiego NKWD, a może zwykłym oficerem, ale wszyscy się go bali. Raz, pamiętam, ten Zwieriew przyszedł z żołnierzami na potańcówkę. Rozkazał, aby wszyscy pozostali na miejscach. Na pewno szukał naszych chłopców. Ktoś rozbił lampę naftową i zrobiło się ciemno. Posypały się szyby w oknach, a nasi chłopcy rozbiegli się na wszystkie strony, rozległo się kilka wystrzałów. W tym czasie my, dziewczyny, całe trzęsłyśmy się ze strachu...”.
       
Na rejonowej partyjnej konferencji w Postawach, która odbyła się 1.-11. sierpnia 1946 roku, stwierdzono: „W rejonie działa rozbudowana sieć bandyckich formacji. Wielu partyjnych, sowieckich i komsomolskich aktywistów boi się wyjeżdżać z Postaw do wiejskich miejscowości z powodu aktywnej działalności bandytów”. Na tej samej konferencji naczelnik rejonowego oddziału MGB powiedział: „W ostatnim czasie polsko-białoruscy nacjonaliści zabili jedenastu  partyjno-sowieckich i komsomolskich pracowników”.
          
W 1946 r. w każdej gminie (sielsowiet) znajdowały się uzbrojone grupy ochrony, formowane z miejscowych aktywistów (komsomolców, komunistów), które miały wspierać MGB w walce z partyzantami. Jednak żadne z podejmowanych działań nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. Gdy zapadał zmierzch, realną władzę na terenie postawskiego rejonu przejmowali partyzanci. Aktywiści znikali aż do rana.
             
W biurze postawskiego RK KP(b)B 20. grudnia 1947r. mówiono: „Przez ostatnie cztery miesiące na terenie rejonu ostro aktywizowała się działalność bandyckich nacjonalistycznych polsko-białoruskich band. Przez ten czas bandyci zabili kilkanaście partyjno-radzieckich aktywistów. A w takich sielsowietach (gminach) jak Hruzdowski, Miaguński, Sawicki, Nowosiółkowski-1 i Nowosiółkowski-2, Świlelski...., działalność partyjno-radzieckiego aktywu zupełnie sparaliżowana...”.
            
A oto cytat z raportu pierwszego sekretarza Postawskiego Komitetu Rejonowego KP(b)B skierowanego do obwodowego komitetu partii: „Polska ludność, mieszkająca na terenie rejonu postawskiego, ustosunkowana do władz radzieckich nieprzyjaźnie, a niektórzy  nawet wrogo...”.
             
12.08.1947r., podczas służbowej podróży do Hruzdowa, wpadł w zasadzkę samochód zastępcy przewodniczącego Postawskiego Rejonowego Komitetu Wykonawczego. W rezultacie napadów partyzantów zostali zabici przewodniczący Świlelskiego, Komajskiego, Łuczajskiego, Redutskiego i Starodworskiego sielsowietów, sekretarz Wereńkowskiego sielsowietu, sekretarz Miaguńskiej partyjnej organizacji, instruktor postawskiego rejonowego komitetu KP(b)B, kilku funkcjonariuszy rejonowego oddziału MGB (UB) i milicji, oraz ponad stu żołnierzy garnizonu postawskiego.
              
Biorąc pod uwagę złożoność sytuacji, władze powiatowe wpadły w  panikę. Rejonowy komitet partii został zmuszony zwrócić się do władz obwodowych z prośbą skierowania do rejonu postawskiego operacyjnej grupy wojskowej „Dla likwidacji band”. Sił znajdującego się w Postawach pułku, rejonowej milicji i MGB, a także „niszczycielskiego plutonu” i uzbrojonego partyjnego aktywu już nie wystarczało.
           
Oto fragment wspomnień byłego sierżanta radzieckiej armii, Nikołaja Izotowa, który od 1947 do 1950r. służył w Postawach: „...w 1947r. nasz pułk został przeniesiony do Białorusi, do miasteczka Postawy, gdzie służyłem do 1947 roku [...]. Znajdując się na Białorusi,  doświadczyłem i zobaczyłem dużo różnych rzeczy. Sytuacja była bardzo napięta. Było dużo wypadków napadów i zabójstw żołnierzy i oficerów. Popełniali je bandyci, którzy walczyli o niepodległość. Było niebezpiecznie chodzić samemu, bo nawet w biały dzień  mogli zabić. Pamiętam, że kilka razy w pułku był ogłoszony alarm. 

Wychodziliśmy  w teren w celu zlikwidowania band [...]. Między wsiami Juńki (koło Postaw) i [...] zamknęliśmy pierścień okrążenia. W tym boju straciliśmy siedemdziesięciu żołnierzy i pięćdziesięciu ludzi z milicji. I  działo się to pomimo faktu, że wojna się już skończyła. Niebezpieczeństwo groziło mi nieustannie aż do samego dnia mojej demobilizacji z wojska – 22. kwietnia 1950r. [...]”.
            
Jak po wojnie niekomfortowo czuli się sowieci w zachodniej i północno-zachodniej Białorusi, mówią fragmenty listów radzieckich żołnierzy do swoich rodzin: „bardzo tu u nas niebezpiecznie, pojawiła się duża banda. Zabijają dziennie czterech, pięciu oficerów, ale żołnierzy nie ruszają”. Inny żołnierz pisał w liście do swojej matki: „u nas chodzą bandy, jak tylko kto wyjdzie, zaraz słyszysz, że zabity albo przepadł bez wieści. W naszej kompanii zabili jednego gefreitera, chodzą słuchy, że nie ma starszyny, nie ma oficera, sierżanta…”. 

 Jeszcze jeden żołnierz pisał: „Ciągle tu chodzą bandy. Otrzymaliśmy rozkaz o ich likwidacji. Było nas  stu siedemdziesięciu, a powróciło tylko dziewięćdziesięciu. Pozostali zginęli...”.
           
Nikołaj Szurpik, były przewodniczący sielsowietu, wspominał: „W roku 1946, po demobilizacji z wojska radzieckiego, postawski RK LKSM skierował mnie na partyjno-radzieckie kursy przy Mołodzeczańskim Obwodowym Komitecie Partii. Po ich ukończeniu, w latach 1947-1950,  pracowałem na stanowisku przewodniczącego ockowiczskiego (Ockowicze) Sielsowietu (gminy), w rejonie postawskim. To był niewiarygodnie ciężki czas. Byliśmy zmuszeni walczyć z bandytyzmem. Zawsze miałem przy sobie automat (RKM) i pistolet. Bandyci grozili mi zamordowaniem. Każdej nocy  szedłem  spać do innego domu. Można tak powiedzieć, że to był „drugi front” [...].
            
Kiedy w styczniu 1947 r. polscy i białoruscy partyzanci przeszkodzili w wyborach do Rady Najwyższej BSRR, w Mińsku miało miejsce zamknięte posiedzenie KC KP(b)B, na którym ministrom Cynawie i Bielczence zalecono „zdecydowane wzmocnienie działań” podejmowanych w celu walki z antysowieckim podziemiem i „bandytyzmem”. W efekcie podjętych kroków zlikwidowano, jak donosiła strona sowiecka, trzydzieści sześć aktywnie działających „band”.
             
Oprócz prowadzenia działań czysto wojennych, władze sowieckie prowadziły przeciw partyzantom także akcję propagandową. Każde przestępstwo, od kradzieży kury po  zabójstwo dokonane w stanie nietrzeźwym, przypisywano „bandytom z lasu”. Ponadto w każdej miejscowości werbowano agentów, którzy mieli za zadanie donosić swoim kuratorom z MGB (UB) o wszystkim, co wyda im się podejrzane. 

Funkcjonowały fałszywe partyzanckie grupy, w skład których wchodzili pracownicy MGB (UB) i byli sowieccy partyzanci. Krążyli po lasach i wsiach, zdobywali zaufanie miejscowej ludności i informacje o ludziach związanych z antysowieckim podziemiem. Niekiedy pseudopartyzanci napadali na niewielkie grupy lub pojedynczych partyzantów, zabijając ich lub biorąc do niewoli.
              
W tym strasznym okresie także Białorusini chwycili za broń. Do 1950 r. funkcjonowała tak zwana „Białoruska Armia Wyzwoleńcza” czyli "Czarny Kot". Powołana została niejako dzięki Białoruskiej Partii Narodowej, statut której głosił: „Celem BPN jest uzyskanie i zabezpieczenie niepodległości Białorusi”. To właśnie BPN była inicjatorem powojennej walki Białorusinów o niepodległość. NKWD udało się rozgromić kilka partyzanckich oddziałów i wziąć do niewoli przewodniczącego BPN Wsiewołoda Rodźko, którego w 1946 r. skazano na karę śmierci i rozstrzelano. Białoruskim antyradzieckim partyzantom udało się przeprowadzić wiele udanych akcji. Ale warto dodać, że informacje na ten temat zachowały się tylko w publikacjach emigracyjnych. Archiwa KGB milczą w tej sprawie.
               
Warto wspomnieć o działalności oddziału białoruskich partyzantów dowodzonych przez nauczyciela – Eugeniusza (Jewgienija) Żychara. Urodził się on we wsi Nowodruck (powiat postawski) w rodzinie prawosławnej. Przed wojną ukończył polską siedmioletnią szkołę w Osinogródku. Podczas okupacji niemieckiej uczył się w Postawskim Seminarium Nauczycielskim, pisał wiersze. Jako zwolennik niepodległej Białorusi wstąpił do SBM i BNP. Jak podają sowieckie źródła, latem 1944 r. Żychar miał być rzekomo zmobilizowany przez Niemców i wysłany do obozu szkoleniowego „Dallwitz”. Na początku 1945, na terenie Niemiec, dostał powołanie do Armii Czerwonej i walczył w jej szeregach do końca wojny. Miał być nawet odznaczony. 

Po demobilizacji pracował jako nauczyciel w wiejskiej szkole, we wsi Werecieje koło Postaw. W 1946. wychodzi na jaw jego współpraca z SBM i BNP. Bojąc się aresztowania, Żychar przyłączył się do działającej w rejonie postawskim  antysowieckiej grupy Korolenki. Wkrótce Żychar stanął na czele tej grupy i na jej bazie stworzył niewielki oddział partyzancki. Jego ludzie dokonali kilku udanych akcji dywersyjnych na kolei, zlikwidowali ponad trzydziestu sowieckich i partyjnych działaczy. MGB (UB) polowało na Żychara i jego ludzi, ale bezskutecznie. W niektórych sowieckich źródłach oddział ten figuruje jako „białorusko-polska banda Żychara”, co pozwala wyciągnąć wnioski co do jego wielonarodowego składu.
            
W 1950. w rejonie postawskim władze zaczęły przeprowadzać masową kolektywizację. Partyzanci Żychara przeprowadzili szereg akcji, mających nie dopuścić do stworzenia kołchozów. Palili dokumentację, a zagrabione przez państwo mienie zwracali chłopom. Aby stworzyć kołchoz, zwoływano zebranie. Mieszkańcy niektórych wsi, wiedząc o przyjeździe z Postaw „pełnomocników” i agitatorów, uciekali do lasu. W domach zostawały tylko dzieci i starcy. Z braku „quorum”, utworzenie kołchozu odraczano.
              
Do 1955 r. niemal wszyscy ludzie Żychara zginęli w licznych starciach z przeciwnikiem. W sierpniu Żychar został okrążony przez siły MGB (UB) w jednym z leśnych chutorów, siedem kilometrów od Postaw. W stronę żołnierzy poleciały kule z jego RKM-u. Ostatni nabój Żychar zostawił dla siebie. Popełnił samobójstwo. Miał trzydzieści lat.
             
Okres 1948-1956 charakteryzował się tym, że partyzanci prowadzali działania w niewielkich grupach. Typowy polski lub białoruski oddział funkcjonujący w tym okresie składał się z pięciu, dziesięciu osób. Akcje wykonywały grupki dwu- pięcioosobowe. Partyzanci musieli zrezygnować z ataków na dobrze chronione obiekty wojskowe. Częściej dochodziło natomiast do likwidacji osób kolaborujących z okupantem. 

Realnie rzecz biorąc, aktywność bojowa była w tych latach skierowana przeciwko wszystkim, którzy reprezentowali władzę sowiecką. Na owej liście znajdowali się pracownicy rejonowego komitetu partii, rejonowego komitetu wykonawczego, przewodniczący rad wiejskich, kołchozów, pracownicy MGB (UB) i MWD (MSW), komsomolcy, członkowie partii, a niekiedy, niestety, także ich rodziny. Grupy partyzantów ukrywały się nie tylko w lasach, ale też w wioskach, w „schronach” – zamaskowanych kryjówkach.
           
Bardzo ciekawym jest sprawozdanie dowódcy jednej z radzieckich „specgrup”, która walczyła z polskimi partyzantami na terenie obwodu mołodeczańskiego (rejon postawski  też należał do tego obwodu): „...kontynuując walkę, żołnierze znaleźli schron (kryjówkę) z bandytami. Bandyci otworzyli bardzo silny ogień (...). Na pomoc naszej specgrupie wezwaliśmy żołnierzy z pułku NKWD oraz grupę pracowników Mołodeczańskiego UMGB (UB). Rezultatem walki było zabicie dwóch bandytów.  W kryjówce znaleziono dwanaście biletów komsomolskich, dwadzieścia dwie legitymacje wojskowe, pięćdziesiąt trzy paszporty  radzieckie, dwanaście legitymacji dzielnicowych milicjantów, oraz czternaście legitymacji oficerów MGB (UB)". Jak wynika z tego dokumentu,  żeby zlikwidować dwóch partyzantów, oprócz specgrupy MGB, został wykorzystany pułk NKWD. 
            
Partyzantów aktywnie wspierali mieszkańcy wsi rejonu postawskiego, między innymi rodzina Władysława Drobysza ze wsi Drobysze. Ktoś jednak na nich doniósł. Dom okrążyło wojsko. Władysław próbował uciec przez okno. Został postrzelony i wzięty do niewoli. 

We wsi Olechniszki jeden z partyzantów – Józef Spragowski – wpadł w zasadzkę. Przez pewien czas w pojedynkę stawiał opór oddziałowi sowieckiej armii. Zginął raniony odłamkiem granatu. Jego zwłoki sowieci przywiązali za nogi i wlekli za samochodem. Miejscowi mieszkańcy mówili później, że Józef zastrzelił radzieckiego oficera. Jego matka próbowała dowiedzieć się, gdzie pochowano jej syna. Jej prośba spotkała się jednak z odmową (w niecenzuralnej formie) ze strony sowietów.  
           
Poczynając od 1948 r. opór wobec okupantów zaczął maleć. Było to spowodowane wieloma czynnikami, jednak, moim zdaniem, dwa miały największe znaczenie. Zgodnie z umową podpisaną 9. września 1944 r. między Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego i Radą Komisarzy Narodowych BSRR (na życzenie Stalina), władze sowieckie rozpoczęły proces repatriacji do Polski rdzennej ludności polskiej. 

Jej celem było zniszczenie bazy wsparcia partyzantów i podziemia, a także przyspieszenie sowietyzacji i rusyfikacji na zdobytym terytorium. Istnieje bezpośredni związek między repatriacją Polaków a spadkiem aktywności partyzanckiej.
          
Po drugie, po zakończeniu II wojny światowej, rozpoczęła się „zimna wojna” między ZSRR i Zachodem. Ludzie, zmęczeni komunizmem, z nadzieją czekali na wybuch wojny między USA i Anglią a ZSRR. Wówczas, w krajach bałtyckich, zachodniej Ukrainie i zachodniej Białorusi, wybuchłyby powstania narodowe. Pod koniec lat czterdziestych stało się jasne, że w najbliższym czasie do żadnej wojny nie dojdzie. W związku z tym dalszy opór wobec władzy sowieckiej był pozbawiony sensu. 

Świadek tych wydarzeń, Białorusin Wasilij Strupowiec, wspominał: „Wszyscy czekali wojny między Związkiem Radzieckim a Ameryką i Anglią. Wtedy na Białorusi odbyłoby się powstanie przeciwko tej radzieckiej bandzie. Broni po wojnie było pod dostatkiem. Nasi partyzanci walczyli, walczyli z sowietami (...,) a wojny nie ma i nie ma. Co robić? Powychodzili z lasu ci, których nie zabili...”.
            
Ostatecznie stłumić zbrojny opór na terytorium byłego powiatu postawskiego Sowieci zdołali dopiero latem 1956 r., kiedy w lesie, wskutek przeprowadzonej operacji specjalnej, zlikwidowana została ostatnia grupa Polaków, składająca się z byłych członków AK. Ich nazwiska są, jak dotąd, nieznane. Swój obowiązek wobec Ojczyzny wypełnili jednak do końca i zginęli dlatego, że pozostali wierni swojej fladze i godłu. 

W tym strasznym czasie każdy człowiek miał wybór – albo sprzymierzyć się ze złem i nie robić nic, albo walczyć. I nawet jeśli ta walka z góry skazana była na porażkę, to już samo podjęcie próby jest godne chwały i szacunku, a nas może napawać dumą.

P.S.
Kiedy materiał ten był gotowy do publikacji, przeczytałem artykuł białoruskiego krajoznawcy z Głębokiego, W. Skrabotuna, piszącego na swoim blogu, że kilka lat temu miał okazję porozmawiać z byłym leśniczym (emerytem), który rzekomo powiedział: "W 1957 roku zostałem powołany na stanowisko leśniczego. Dokładnie nie pamiętam, czy było to w 1957. czy 1959 roku. Pewnego dnia, po deszczu, poszedłem szukać grzybów. Niedaleko od jeziora Borowicze, w powiecie (rejonie) postawskim, natknąłem się w lesie na trzech mężczyzn. Dwóch miało karabiny, a trzeci był uzbrojony w automat (RKM). Przy ognisku suszyli swoje ubrania. Mnie nic złego nie zrobili, pozwolili odejść".

Grupa polskich partyzantów z sąsiedniego brasławskiego rejonu (powiatu) Białorusi. Powojenne zdjęcie z 1945-1950r. (z Białoruskiej gazety "Народнае слова").

Eugeniusz (Jewgenij) Żychar. Fragment zdjęcia z 1943r.

2 komentarze:

  1. Dziękuję za tekst. Solidna porcja ciekawych informacji.

    OdpowiedzUsuń