24 cze 2013

Nie chciałem być nikim innym

Franciszek Dragun z rodziną
Niżej przedstawiam czytelnikom bloga ciekawy wywiad (skrócony). Udzielił go w 1997. roku nasz rodak, były postawianin Franciszek Dragun, Teresie Kārmas dla strony internetowej «Polacy w Estonii». Podobny los, jak los Pana Franciszka, był udziałem setek Polaków z Postawszczyzny. Ci, którzy nie pozostawili ziemi swoich przodków i nie wyjechali po wojnie do nowej postjałtańskiej Polski, później byli zmuszeni (w znacznej części) wyjechać do innych republik byłego ZSRR, przeważnie do nadbałtyckich (Litwa, Łotwa, Estonia), bo chociaż i tam był Związek Radziecki, ale nie było takiego ucisku i dyskryminacji Polaków, jak na Białorusi.
   
Nie chciałem być  nikim innym

Pan Franciszek Dragun zawsze wyglądał o dobre dziesięć lat młodziej, niż ma zapisane w metryce, a od trzech lat w ogóle się nie zmienił. Wtedy to właśnie zawarliśmy z  sobą bliższą znajomość. Pan Franciszek zwrócił się do mnie o poradę językową  przy pisaniu podania i życiorysu, bo właśnie starał się o przywrócenie obywatelstwa polskiego bezprawnie odebranego mu swego czasu przez władze radzieckie. Bardzo się swą sprawą przejmował i bardzo mu na polskim, a nie na żadnym  innym, obywatelstwie zależało, bo, jak  mówił: „Jeśli już nie dziejowa, to chociaż jakaś inna sprawiedliwość musi być  i chciałoby się jej jeszcze doczekać”. 

Obecnie Pan Franciszek jest już od roku w posiadaniu polskiego paszportu i aż korci zapytać go,  jak się też czuje jako restytuowany obywatel Polski. Nie wypada mi jednak wyjeżdżać z tym pytaniem tak od razu, jak dyszlem w płot. Objeżdżam więc powolutku, przez opłotki. Popijamy sobie z Panem Franciszkiem  kawę, zagryzamy firmowym tortem "Maiasmokk", a potem zagajam:

Ciekawe, Panie Franciszku, jak to było naprawdę z tą przysłowiową przedwojenną  białoruską  chłopską biedą? 


Jaka tam bieda, pani. Za Polski mieliśmy we wsi Ruda w postawskim powiecie gospodarstwo rolne średniej wielkości. Chleba, mięsa i mleka było w bród. Owszem, pracowało się,  jak Bóg przykazał, ale biedy żadnej nie zaznaliśmy.  

A jak układały się stosunki między Białorusinami  i Polakami? Czy dochodziło do nieporozumień na tle narodowościowym? 

Może gdzie indziej, ale nie u nas. Sami swoi byli, bez różnicy, czy Białorusin, czy Polak. My w rodzinie wszyscy zawsze Polakami  pisaliśmy się: ojciec Józef  Dragun i mama Serafina z Wasilewskich, siostra Tereska i brat Jan. W domu po białorusku rozmawialiśmy, a w szkole po polsku  i  polskie książki czytaliśmy. I w szkole między dziećmi  nikt żadnej różnicy nie  robił  i  wśród młodzieży na potańcówkach wszyscy razem się bawili.

A jaka była, Pana zdaniem, ta polska szkoła i czy długo Pan do niej chodził?
 

Urodziłem się w 1927. roku, więc w momencie nastania bolszewickiej okupacji miałem dwanaście lat i zdążyłem ukończyć piątą  klasę szkoły podstawowej. Szkołę bardzo mile wspominam.  Porządek tam był i dyscyplina, nie tak,  jak dzisiaj. Szkoła była wiejska, nieduża, siedmioklasówka, więc tylko nauczyciel  i  nauczycielka w  niej pracowali - małżeństwo. Nauczycielka uczyła w  młodszych klasach, a nauczyciel w starszych. Bardzo on mi się podobał. Dobrze uczył  i  miał posłuch. Szczególnie dobrze pamiętam, jak w roku 1935. umarł Piłsudski. Wtedy to całą szkołą poszliśmy pieszo w żałobnym orszaku  ze specjalnymi chorągiewkami aż do gminy w Kozłowszczyźnie, gdzie zebrały się wszystkie okoliczne szkoły i miejscowa ludność, by uczestniczyć w  uroczystości żałobnej. Byłem wtedy dopiero w drugiej klasie i zrobiło to na mnie duże wrażenie.

Jak zareagowali okoliczni mieszkańcy na wejście Rosjan?
 

A kto by ich tam u nas chciał?!  Nikt ich nie chciał. Z początku wszyscy mówili: "Pójdą sobie,  jak przyszli".
Z czasów okupacji niemieckiej po lasach zostało dużo bolszewickiej partyzantki. Polskich partyzantów w naszych stronach  nie było; siedzieli oni bliżej Wilna. Bolszewicka partyzantka bardzo gnębiła naród, a już w szczególności Polaków. Przychodzili po pijanemu, wszystkich na dwór i pod ścianę. Co chcieli, to zabierali - choćby ostatnią świnię i kurę, nie mówiąc już o krowach i koniach. Grozili, bili i poniewierali nas. Ojca dwa razy zabierali, żeby przeprowadził ich przez niemiecką zasadzkę na pobliskich torach kolejowych, bo bali się,  że tory są zaminowane. Ojciec musiał iść przodem, my zaś szliśmy z płaczem z tyłu, a partyzanci patrzyli, co się stanie. Cośmy się wtedy strachu najedli!


Pana ojciec służył w Armii Ludowej?
 

Nadciągnął front i ojciec zgłosił  się do Armii Ludowej. Chciał służyć Ojczyźnie. Brał udział w wyzwalaniu Warszawy, Poznania i innych miast polskich. W tym czasie ja już do szkoły nie chodziłem, bo musiałem pomagać mamie w polu i w gospodarstwie. Zresztą, to była już rosyjska szkoła i chodziłem do niej tylko przez krótki czas. Ziemia była jeszcze przez pięć lat nasza, aż do 1948.  roku. Dopiero wtedy pognali ludzi do kołchozów, ale bolszewicy już wcześniej pozabierali nam konie.

Pan też służył w armii, ale radzieckiej?
 

Wtedy to już faktycznie na naszych  terenach panowali Rosjanie i zdawało się, że wojna dla nich tak jakby zbyt szybko się skończyła, bo mieli w rezerwie zmobilizowanych jeszcze kilka roczników, w tym również mój rocznik. Może tak celowo zrobili, bo wywieźli młodych rekrutów, w tym wielu młodych chłopaków z naszych stron (z okolic Postaw),  daleko, aż do Zagłębia Donieckiego (Ukraina) na ciężkie roboty w kopalniach węgla. Przez cały rok nas tam  trzymali.  Tyraliśmy tak, że o Bożym świecie zapomnieliśmy, aż  po roku dali mi krótki urlop. Ja zaś, podobnie jak i inni chłopcy z naszych  stron, postanowiłem  samowolnie opuścić tę armię. Nie wróciliśmy więc już do Doniecka. 

Minęło może z pół  roku i zrobili brankę. Zgarnęli nas jednego dnia z całego powiatu postawskiego i uwięzili na cztery miesiące. Odsiedziałem swoje i wróciłem do domu, ale nie na długo, bo po trzech miesiącach, w drugi dzień  Świąt Bożego Narodzenia, 26.  grudnia 1949.  roku znów po mnie przyszli. Zabrali mnie na bliżej nieokreślony czas do przymusowej Armii Pracy i wywieźli do Tallinna (Estonia). Trudno nie zapamiętać takiej okrągłej daty: do Tallinna przybyliśmy dokładnie 1.  stycznia 1950. roku. Miałem wtedy dwadzieścia trzy lata i jeszcze nie wiedziałem, że następne czterdzieści siedem  lat przyjdzie mi przeżyć w tym mieście.

Ale po 1953.  roku czasy się zmieniły. Można już było powrócić w rodzinne strony.
 

To prawda. Po dwóch latach i siedmiu miesiącach ogłoszono demobilizację. Prawo demobilizacji objęło również  nas. Natychmiast z niego skorzystałem, ale nie chciałem już wracać na Białoruś. Do tej pracy w  kołchozach, za którą na początku praktycznie nie płacono nic lub tylko kopiejki, do tej sytuacji, w jakiej znaleźli się tam miejscowi Polacy. Moi rodzice do końca życia tam  harowali - ojciec zmarł w 1975., a mama w 1985.  roku, także siostra Tereska i brat Jan (zmarł tragicznie mając 26 lat) pracowali w kołchozie, ale niczego szczególnego się nie dorobili. Tu, w Estonii,  też pozakładano w 1948. roku kołchozy, ale oddychało się  jakoś  szerzej i swobodniej. Miejsc pracy było dużo, dawali mieszkania i można było dobrze zarobić. Pracowałem jako kierowca, a to był wtedy dobry zawód.
 

A dlaczego dopiero tak późno Pan się ożenił? Przysłowie przecież mówi,  że to tylko "wczesnego wstania i wczesnego ożenienia nigdy się  nie żałuje". 

Wcześniej, w młodości, moje życie było takie, że nie miało się żadnej chęci do żeniaczki. Moja żona Galina jest ode mnie dużo młodsza,  z 1940.  rocznika. Przyjechała do Tallinna z Rosji w 1973.  roku w odwiedziny do znajomych  i  jakoś się wtedy zdecydowałem. Teraz naturalnie nie żałuję, bo żona zaprowadziła ład i porządek w moim kawalerskim życiu. Od chwili ożenku nie palę, nie piję i prowadzę uregulowany tryb życia. Może właśnie dlatego młodziej wyglądam, że się późno ożeniłem.  Źródłem wielkiej radości jest dla nas córka,  która urodziła się w 1977. roku i obecnie kończy Technikum Ekonomiczne. Jestem z niej dumny, bo jest pilna i zaradna. Zna dobrze język estoński, więc uczy się w estońskiej grupie. W ogóle bojowa dziewczyna, we mnie się wdała - w Dragunów.
 

Jest samo przez się zrozumiałe, że młode polonijne pokolenie, urodzone na ziemi estońskiej,  chce stanowić  część  składową tutejszego społeczeństwa. Panie Franciszku, przeżył Pan  prawie trzy czwarte swego życia w Estonii. Czy nie było panu wszystko jedno, jakie będzie pan miał obywatelstwo - estońskie czy polskie? 

Co dotyczy młodego pokolenia, to,  owszem, zgadzam się z panią, ale jeśli idzie o mnie, to sprawy całkiem  inaczej się mają. Prawda była, jest i będzie tylko jedna: urodziłem się w Polsce jako polski obywatel i nigdy nim być nie przestałem. Nie po to mnie różne politruki w pięćdziesiątych  latach po oddziałach wewnętrznych  na przesłuchania ciągały i męczyły, żebym się polskości wyrzekł i Białorusinem zrobił (bo w ankietach wszędzie pisałem, żem Polak z Białorusi), żebym ja miał się teraz dobrowolnie od swej polskości odrzekać. Na próżno oni wtedy ze mnie szydzili i grozili, zawsze miałem w pamięci, co mi ojciec przykazał: "Ty nigdy się nie bój, a nic ci nie będzie!" Bo mój ojciec niejeden raz jako Polak pod ścianą  stał  i  bolszewicy mu śmiercią grozili, a on ani drgnął, tylko spokojnie mówił: "Strzelajcie, a ja,  choć martwy,  i  tak Polakiem pozostanę". Taki odważny był  i nic mu się  nie stało. Nie chciałem być  nikim innym,  zawsze chciałem  być takim,  jak mój ojciec.
 

Jak długo Pan czekał na przywrócenie polskiego obywatelstwa? 

Prawdę mówiąc, to chyba niedługo, bo już w zeszłym roku otrzymałem  paszport, ale rok musiałem czekać na decyzję z Warszawy. Jednak,  jak na mój wiek, rok - to sporo czasu.  Zresztą  zachowały się  różne metryki i dokumenty, potwierdzające obywatelstwo moich rodziców  i  moje. Bardzo dobrzy ludzie pracują w polskiej ambasadzie w Tallinnie. Nie tylko przy załatwianiu papierów  pomagali, ale  z dobrego serca pomogli jeszcze  i  paszport wykupić, bo opłata paszportowa wynosiła 1800 koron,  a  ja  jestem  już  na  rencie  i  tyle  pieniędzy  nie  miałem.
 

Panie Franciszku,  tak patrząc wstecz i mówiąc krótko: Czy Pana życie było szczęśliwe? 

W młodości żadnego szczęścia nie zaznałem, tyle, co we wczesnym dzieciństwie. Swoje szczęście odnalazłem ponownie dopiero po latach, tu, w Tallinnie.




29 kwi 2013

Profesor Zygmunt Paszko

22 czerwca 2006 roku zmarł profesor Zygmunt Paszko, wieloletni kierownik Zakładu Endokrynologii Centrum Onkologii w Warszawie. Urodził się on w 1929 roku w miasteczku Kobylnik w powiecie postawskim. Jego ojciec Stanisław pracował tam jako nauczyciel w szkole powszechnej. W rodzinie Paszków było troje dzieci – najstarsza córka Zuzanna, Zygmunt i najmłodsza Jadwiga. W 1937 roku ojciec został przeniesiony służbowo do powiatowego miasteczka Postawy. Tam rodzina mieszkała przy ulicy Parkowej. W Postawach Paszków zastał wybuch wojny. Dziesięcioletni wówczas Zygmunt zapamiętał, jak Sowieci wynosili ze starostwa wizerunek orła i rozbili go zrzucając z balkonu. Wryła mu się w pamięć bezsilność spędzonych na rynek mieszkańców i ich zbiorowy płacz na widok bezczeszczenia państwowego godła.

Zaraz na początku wojny ojciec Zygmunta został aresztowany przez NKWD. We wrześniu 1941 r. ojciec (Stanisław) został zwolniony i wstąpił do Armii Andersa. Później z ojcem miała szczęście spotkać się jego najstarsza córka, Zuzanna — zaangażowana w działalność konspiracyjną jeszcze w Postawach.

W 1945 roku matka Zygmunta z dziećmi opuściła Wileńszczyznę i pierwszym transportem 1. maja 1945 roku przyjechała do Płońska. W Płońsku Z.Paszko ukończył gimnazjum i liceum ogólnokształcące oraz zdał maturę. Na wybór Gdańska jako miejsca przyszłych studiów lekarskich znaczący wpływ miał zapewne kontakt z rodziną Makarewiczów, gdyż Jan Makarewicz jako lekarz gotów był służyć mu różnorodną pomocą. Rodzina Makarewiczów też repatriowała się z Postaw. Zygmunt w latach 1948-1953 studiował medycynę na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Gdańsku, dokąd został przeniesiony Wydział Lekarski Uniwersytetu Wileńskiego.

Syn Jana Makarewicza, emerytowany profesor biochemii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego Wiesław Makarewicz, wspomina: „Okres studiów w Gdańsku pozwolił na nawiązanie zażyłych kontaktów z moją rodziną i ze mną w szczególności. Zygmunt był bardzo częstym gościem w naszym domu. Korzystał z pewnego rodzaju opieki ze strony moich rodziców. Był muzykalny, miał dobry głos i lubił śpiewać. Moja mama często akompaniowała mu na pianinie, a grane i śpiewane były głównie stare cygańskie romanse z repertuaru Wertyńskiego. Mama grała te romanse korzystając z nut zapisanych jeszcze ręcznie w latach jej wczesnej młodości w Archangielsku. Zygmunt wywarł wielki wpływ na moje życiowe losy. Podczas studiów, od roku 1950, był zatrudniony jako zastępca asystenta w Zakładzie Chemii Fizjologicznej AMG kierowanym przez prof. Włodzimierza Mozołowskiego. Będąc częstym gościem w naszym domu, z pewnością wpłynął na to, że pomyślnie zdałem egzamin z chemii i podjąłem studia na Wydziale Lekarskim AMG, a potem poświęciłem się także biochemii i podjąłem pracę w Zakładzie kierowanym przez prof. Włodzimierza Mozołowskiego [...]”.

Po uzyskaniu dyplomu w 1953 r., Zygmunt opuścił Gdańsk i początkowo pracował jako asystent w Zakładzie Patologii Ogólnej i Doświadczalnej Śląskiej Akademii Medycznej w Zabrzu, gdzie się doktoryzował. Potem od lutego 1956 roku pracował w Instytucie Onkologii w Warszawie. Tam został profesorem i kierował dużą grupą badawczą zajmującą się genetyką molekularną nowotworów, a w szczególności raka piersi, endokrynologią i onkologią doświadczalną. Był promotorem 8 doktorantów i opiekunem naukowym wielu innych pracowników.

Profesor Wiesław Makarewicz pisze: „Pozostawaliśmy ze sobą przez wiele lat w ciągłych kontaktach, spotykając się na różnych zjazdach i sympozjach naukowych. Te nieregularne spotkania były też zawsze miłą okazją do wspominania dawniejszych postawskich czasów, naszych rodziców i wspólnych znajomych. W latach 90. Zygmunt spędził kilka lat na kontrakcie w Kuwejcie. Jego syn Andrzej urodzony w 1956 r. został także lekarzem i pracuje w Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie. Zygmunt zmarł przedwcześnie, 22 czerwca 2006 roku, wkrótce po przejściu na emeryturę”.

P.S. Przygotowując ten artykuł wykorzystałem materiały emerytowanego profesora biochemii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego Wiesława Makarewicza, przysłane specjalnie dla blogu „Miasto Postawy i okolice”, a także artykuł Grażyny Zabłockiej w №37 Podkowiańskiego Magazynu Kulturalnego z 2002 roku.

Student Z.Paszko. Kopiję Zdjęcia przysłał Wiesław Makarewicz. Serdecznie dziękuję.


Profesor Z.Paszko. Kopiję zdjęcia przysłał Wiesław Makarewicz. Serdecznie dziękuję.

Życiorys Z.Paszko, napisany własnoręcznie. Kopiję przysłał
Wiesław Makarewicz. Serdecznie dziękuję.


17 kwi 2013

Zabójstwo księdza, czyli zbrodnia partyzantów sowieckich

Eugeniusz Łatecki urodził się 5.09.1905r. w Zgierzu koło Łodzi, w rodzinie Karola i Heleny z domu Difenbach. Jego ojciec był ślusarzem. W wieku dziewięciu lat Eugeniusz rozpoczął naukę w szkole elementarnej. W 1914 roku umarł jego ojciec, a matka sama musiała zajmować się wychowaniem pięciorga dzieci. Były to ciężkie czasy i bieda zaglądała do domu Łateckich. Wcześnie więc młody chłopiec rozpoczął pracę zarobkową. Pragnął jednak zostać kapłanem. Pracował i uczył się wieczorowo. W 1925r. zdał egzamin maturalny.

W 1926r. został powołany do odbycia służby wojskowej w Pomiechówku. Nadal jednak marzył o kapłaństwie. Nawiązał kontakt z Misyjnym Seminarium abpa Edwarda Roppa, które kształciło księży do pracy na Kresach Wschodnich. Tu rozpoczął studia i ukończył je w 1934r. Do pracy duszpasterskiej ks. Łateckiego przyjął arcybiskup wileński Romuald Jałbrzykowski. Pierwszą placówka była parafia Lipniszki, gdzie pracował jako wikariusz i prefekt. Od 1936r. na takim samym stanowisku pracował w Dobrzyniewie koło Białegostoku.

W kwietniu 1939r. otrzymał nominację na administratora parafii Drozdowszczyzna koło Duniłowicz, w powiecie postawskim. Był to nowy ośrodek duszpasterski w dekanacie nadwilejskim. Drewniany kościół pod wezwaniem św. Wacława wybudowano tam w 1928r. Parafia liczyła około 1200 wiernych. W liście do swojej siostry ks. Eugeniusz pisał: „Jak już wiesz, z woli Arcypasterza miałem objąć nową parafię. Dobrzyniewo opuszczałem z żalem i płaczu dużo było. Tutaj ja znów muszę płakać. Strasznie daleko i warunki dosyć ciężkie...”.

W Drozdowszczyźnie ks. Łatecki pracował ponad cztery lata w bardzo ciężkich czasach wojny i okupacji: najpierw okupacji sowieckiej z okropnościami wywózek ludności na Sybir i aresztowaniami kapłanów, w tej liczbie i z nadwilejskiego dekanatu. Potem nadeszła okupacja niemiecka. 4.lipca 1942r. Niemcy rozstrzelali w Berezweczu koło Głębokiego pięciu kapłanów, w tym trzech z dekanatu nadwilejskiego: ks. dziekana z Postaw - Bolesława Maciejewskiego, ks. Romualda Dronicza z Wołkołaty i ks. Antoniego Skorko z Woropajewa. Berezwecz więc w ciągu czterech miesięcy był miejscem męczeńskiej śmierci ośmiu kapłanów.

Później Niemcy próbowali aresztować wikariusza z Postaw, ks. Aleksandra Grabowskiego, i proboszcza z Zadziewia (koło Postaw), ks. Jana Laskę. Będąc ostrzeżonymi przez dobrego człowieka (niemiecki żandarm), kapłani schronili się u parafianina o nazwisku Holak, który mieszkał na kolonii wsi Daszki. Był to rodzony brat księdza Waleriana Holaka, dziekana oszmiańskiego. Przy pomocy Holaka obaj kapłani zostali uratowani i umieszczeni w 5. brygadzie AK, dowodzonej przez „Łupaszkę” (Zygmunta Szendzielarza).

Ks. Łateckiemu wypadło wówczas obsługiwać jeszcze i osieroconą parafię Wołkołatę, oddaloną ponad trzydzieści kilometrów od Drozdowszczyzny. Odprawiał msze w jednym kościele, a następny tydzień pracował w drugiej parafii.

W tym samym czasie na terytorium byłego powiatu postawskiego działało kilka sowieckich partyzanckich oddziałów, aktywność których była nakierowana nie tyle przeciw Niemcom, co przeciw spokojnym mieszkańcom. Białoruski pisarz Wiktor Chursik, autor książki „Krew i popiół Drażna”, opowiadając o radzieckich partyzantach jako o zbrodniarzach, mówił: „Czyż o tych faktach wiem tylko ja?! W każdej wsi ludzie szeptem powiedzą, jak partyzanci rabowali, rozstrzeliwali za odzież, żywność, czy właśnie tak, jak pili i gwałcili...”.

Ks. Łatecki trwał jednak wiernie na swojej placówce. 20. czerwca 1943r. ks. dziekan Jan Romejko z Łuczaju powiadomił ks. Łateckiego o grasującej na jego terenie uzbrojonej bandzie i nie radził mu jechać do Drozdowszczyzny. Ten jednak pojechał, a przed wyjazdem powiedział do furmana: „Nie mogę nie jechać. Jest niedziela, muszę mszę świętą odprawić. Gdybym nie powrócił, proszę mnie tam pochować”.

O tym, co wydarzyło się dalej, napisał ks. K. Pożarski: „Przyjechał do Drozdowszczyzny i odprawił najpierw mszę świętą, po niej udzielił chrztu. W tym samym czasie przyszli do wsi partyzanci i zaczęli grabić ludzi z ich dobytku, zabijając przy tym cztery osoby. Przyszli w końcu na plebanię i szukali księdza, który schronił się na modlitwę do kościoła. Znaleźli go tam i siłą wywlekli ze świątyni.

Ks. Łatecki próbował jeszcze wsiąść na swoją furmankę i odjechać, ale bandyta Żuk (później został przewodniczącym kołchozu w Andronach w powiecie postawskim) mu na to nie pozwolił. Wówczas ksiądz chwycił konia za uzdę i powiedział: „Koń to mój, on mi jest potrzebny do pracy kapłańskiej, dla ludzi chorych”. Na to bandyta odpowiedział tylko strzałem pistoletu w rękę, w której ksiądz trzymał uzdę. Kula przebiła dłoń. Ks. Łatecki chwycił lejce drugą ręką, ale i ta została przebita pociskiem z karabinu. W końcu zdenerwowany oprawca uderzył księdza karabinem w skroń i wybił mu jedno oko. Będąc tak okaleczonym ks. Łatecki zaczął uciekać w kierunku płynącego nieopodal strumyka, nie dotarł jednak do niego, gdyż seria z karabinu maszynowego powaliła go na ziemię, gdzie zmarł". Odbyło się to 20.czerwca 1943r. o godz. czwartej po południu.

Moim zdaniem, z tą zbrodnią mogą mieć coś wspólnego partyzanci z oddziału „Грозный” (Groźny), którym dowodził Grigorij Krjukow. Pośrednio wskazują na to wspomnienia byłego mieszkańca powiatu postawskiego, Kajetana Rożnowskiego, który pisze: „Wczesną wiosną 1943r. ponownie pojechałem do Nowopola (powiat postawski, niedaleko od Duniłowicz), by tam nadal prowadzić rolną gospodarkę oraz wykończyć budowę domu. Po przybyciu do Nowopola stwierdziłem, że w okolicach są niepokoje z powodu dokonywanych najść partyzantów sowieckich. Sporo było dokonywanych zabójstw na osobach pochodzenia polskiego, jak byłych wójtów, sekretarzy gminnych i innych urzędników i ziemian. Oddziały partyzantów operowały w powiecie postawskim, gdzie były ogromne lasy, należące do hrabiego Przeździeckiego [...]. W okolicach gminy duniłowickiej i innych gmin sąsiednich operował oddział partyzantów „Griszy” (Grigorij Krjukow) [...]”.

Dalej K. Rożnowski pisze: „Kiedy szedłem prędko ulicą wsi Dzienniszki, to kobiety mnie zatrzymywały i prosiły, bym ja, powracając, powiadomił komendę niemiecką o najściu partyzantów na ich wieś. Oczywiście tego czynić nawet zamiaru nie miałem, bo do Duniłowicz droga była 8km, a już nadchodził wieczór [...]. Niemal przez całą noc było słychać strzały karabinowe ze strony wsi Dzienniszki”.

Ciało księdza zostało pogrzebane przez parafian koło świątyni w Drozdowszczyźnie. Zresztą oddajmy głos ks. Romejce, który w liście do matki ks. Łateckiego 10. lipca 1943r. pisał: „Czcigodna i Zacna Matko! Zdziwi Sz. Panią ten tytuł i charakter nieznanego pisma. Nie zdobyłem się na inny zwrot do osoby, która tak wychowała syna swego, jakim był śp. ks. Eugeniusz. Był jednym z najlepszych duszpasterzy mego dekanatu, niezmordowany w pracy, kochany przez kolegów i ludność całego dekanatu. Stało się wielkie nieszczęście i wielka krzywda dla nas wszystkich. Do dnia dzisiejszego jestem pogrążony w bólu i żalu i dlatego nie mogłem zdobyć się wcześniej na napisanie listu o tak smutnym wypadku.

Dnia 20.VI.1943 o godz. 4 po południu został zamordowany strzałami przez bandytów w Drozdowszczyźnie. Ze względu na liczne bandy nie można było urządzić pogrzebu w Drozdowszczyźnie. Postanowiłem zwłoki śp. ks. Eugeniusza sprowadzić do Łuczaju i tu miał odbyć się pogrzeb 22.VI. 1943r., lecz okoliczności nie pozwoliły sprowadzić ciała. Ciało zostało pogrzebane w Drozdowszczyźnie przez parafian, a w Łuczaju odbyło sie uroczyste nabożeństwo pogrzebowe z udziałem księży całego dekanatu i licznej ludności. Dopiero 26.VI.1943r. zwłoki śp. ks. Eugeniusza pod silną eskortą licznej policji i Niemców przewieziono do miasteczka Duniłowicze; tu odbył się uroczysty pogrzeb w kościele, po czym zwłoki śp. ks. Eugeniusza zostały złożone do grobu na cmentarzu przy kościele. Grób urządzono porządny, omurowano cegłą trwałą, na grobie postawiono krzyż drewniany z napisem...”.

Parafia w Drozdowszczyźnie została całkowicie zniszczona przez Niemców w październiku 1943r. Spalono kościół i wszystkie pobliskie wsie w ramach walki z partyzantką sowiecką. Na grobie ks. Łateckiego, dopiero po odzyskaniu kościoła w Duniłowiczach, postarano się postawić trwały pomnik. Uczyniono to dzięki staraniom ówczesnego proboszcza z Duniłowicz ks. Krzysztofa Pożarskiego, którego wspomogli w tym parafianie dawnej parafii w Drozdowszczyźnie, mieszkający dziś w różnych stronach Białorusi, a także w Polsce. Uroczystości poświęcenia pomnika w dniu 20. czerwca1992r. zgromadziły licznie kapłanów i wiernych. Byli też obecni krewni ks. Łateckiego oraz dawni parafianie.

Wykorzystane źródła:
  • Artykuł ks. Tadeusza Krachela «Ks. Eugeniusz Łatecki» w białostockim biuletynie kościelnym „Czas miłosierdzia”.
  • Artykuł ks. Krzysztofa Pożarskiego „Życie i śmierć księdza E.Łateckiego”, opublikowany w sanktpetersburskiej (Rosja) parafialnej gazecie «Наш Kрай», №34/35 z 2009r. 
  • Wspomnienia Kajetana Rożnowskiego.
Eugeniusz Łatecki podczas służby w wojsku

16 kwi 2013

Postawianin Stanisław Paszko

Stanisław Paszko urodził się w Wilnie w 1895r. Jego matka zmarła po kilku latach małżeństwa. Ojciec, Łukasz Paszko, bardzo troszczył się o edukację syna. Sam i z pomocą zatrudnianych guwernerów przekazywał mu wiedzę o ojczystej historii. Stanisław kształcił się w rosyjskim gimnazjum w Wilnie, które po wybuchu I wojny światowej zostało przeniesione do Charkowa, a później do Nowoczerkaska. Po utworzeniu przez Lucjana Żeligowskiego na Kubaniu Wojska Polskiego Stanisław, mając 23 lata,wstąpił jako ochotnik do 4. Dywizji Strzelców i przez Odessę, Rumunię, Bośnię, Hercegowinę oraz Węgry przedostał się do Polski. W sierpniu 1919 r. służył na froncie galicyjsko - wołyńskim przy budowie mostów i fortyfikacji. Pod koniec 1919 r. zdemobilizowany z wojska wrócił do Wilna.

Po wybuchu wojny polsko-sowieckiej ewakuował się z Wilna do Bydgoszczy wraz z inspektoratem szkolnym, w którym pracował. By walczyć z bolszewikami, 1. sierpnia 1920 r. ponownie wstąpił do Wojska Polskiego. Wcielono go do oddziałów saperskich, które budowały umocnienia nad Narwią koło Nowego Dworu. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Stanisławę Grąbczewską.

Po wojnie Stanisław z żoną wrócili na Wileńszczyznę. Tam urodziło się im troje dzieci: najstarsza córka Zuzanna, średnia Jadwiga i najmłodszy syn Zygmunt. Trudne warunki życiowe zmusiły ich do opuszczenia Wilna. Zamieszkali niedaleko jeziora Narocz, na terenie powiatu postawskiego, w miasteczku Kobylnik, słynącym — jak głosi legenda — ze stadniny koni księcia Witolda.

Stanisław otrzymał tam posadę kierownika szkoły powszechnej, do której uczęszczały dzieci różnych narodowości i religii: Polacy, Białorusini, Żydzi, Tatarzy, Litwini i „Moskale” (starowiercy). Stanisław przestrzegał tego, by w jego placówce nie było antagonizmów na tle narodowościowym czy religijnym. W chórze szkolnym obok polskich śpiewano ludowe pieśni białoruskie. Chronił Żydów przed chuligańskimi wybrykami, za co z wdzięczności przynoszono mu macę na każdą Wielkanoc.

Poświęcał się też działalności społecznej. Prowadził organizację „Strzelec”, organizował wycieczki do pobliskiego Zułowa — miejsca urodzenia Marszałka Józefa Piłsudskiego, zakładał Kasy Stefczyka (spółdzielnie oszczędnościowo - pożyczkowe), organizował ochotniczą straż pożarną, zakładał spółdzielnie „Społem”. Przy szkole stworzył bibliotekę, którą obsługiwał w niedzielę dla przyjeżdżających z odległych o 10 - 15 km miejscowości.

Gdy po śmierci Józefa Piłsudskiego na cześć Marszałka postanowiono wybudować na Wileńszczyźnie sto szkół, Stanisław zaangażował się w budowę takiej drewnianej szkoły w Kobylniku, za co otrzymał dwukrotnie Srebrny Krzyż Zasługi i Medal Dziesięciolecia.

W roku 1937 Stanisław z rodziną przeprowadził się do powiatowego miasta Postawy i tam również pracował jako nauczyciel. W Postawach za czasów wypraw Batorego stacjonował pułk polskiej artylerii, a podczas zaborów przed władzami carskimi ukrywał się w domu rodziców aktora Zygmunta Kęstowicza Józef Piłsudski. W latach międzywojennych mieściły się tu najnowocześniejsze w Polsce koszary, w których stacjonował 23. Pułk Ułanów Grodzieńskich.

W Postawach zastał rodzinę Paszków wybuch wojny. Nieformalny ośrodek jednoczenia się Polaków w Postawach tworzył proboszcz tamtejszej parafii — ks. Bolesław Maciejewski i jego bratanek, profesor muzyki, Antoni Maciejewski. Po rozstrzelaniu ks. proboszcza przez Niemców w 1942 roku, jego patriotyczną działalność przejął ks. Aleksander Grabowski (był kapelanem V Brygady Wileńskiej AK, po wojnie ukrywał się przed UB m.in. u sióstr zakonnych w Brwinowie przy ul. Konopnickiej).

Od pierwszych dni rządów sowieckich zaczęła się gehenna związana z aresztowaniami i zsyłką. Co miesiąc przyjeżdżały wagony po wysiedlane z Postaw i okolic rodziny polskie. W czerwcu 1941 r. Stanisław Paszko otrzymał telegram, aby stawić się w Inspektoracie Szkolnictwa w Wilejce. Miał rozstać się z rodziną rzekomo na trzy dni, na tyle dostał wezwanie „na rabotu” (do pracy), ale nie wrócił.

Wskutek wykrętnych odpowiedzi, jakie otrzymywała Stanisława Paszko z Inspektoratu, sama wybrała się do Wilejki w poszukiwaniu męża. Od prokuratora dowiedziała się o aresztowaniu Stanisława 13 czerwca 1941 roku. Wówczas rodzina pocieszała się myślą, że patron kościoła w Postawach [Św.Antoni] pomoże w odnalezieniu męża i ojca.

Dzięki wstawiennictwu prokuratora Stanisława mogła przekazać mężowi kilka skarbów: bieliznę i cukier w kostkach, który wzmacniał siły jego i kolegów podczas trudów konwoju więźniów. Dwustukilometrowy odcinek z Wilejki do Borysowa miało pokonać 1500 więźniów. Dotarła połowa. Pozostałych zabili NKWDziści. Były więzień, postawianin Józef Kiszkurno, napisał o tej drodze śmierci w swoim pamiętniku: „26.06.1941. [...] Pognali nas kilka kilometrów biegiem. Ludzie zaczęli padać ze zmęczenia, a konwój ich dobijał. Strzelanina była taka jak na froncie, z tyłu naszej kołumny, i trwała jakiejś półtory godziny...”

Stanisławowi trud tułaczki pomogli znieść jego uczniowie, siedemnastoletni chłopcy, którzy trafili do konwoju za patriotyczną działalność w Postawach. O tych chłopcach wspomina i J. Kiszkurno: „Postawy. 10.X.1940. Wyprowadzili nas [z budynku NKWD] na podwórko, gdzie stało auto ciężarowe, aż tu wszyscy znajomi [...] uczniowie gimnazjalni Klaczkowski, Klancewicz, Liryn [...] i jeszcze jedna osoba, nazwiska której nie pamiętam. Myślałem, że te dzieci będą przygnębione – lecz na odwrót - weseli i uśmiechnięci [...]. Wsadzają do wagonu [w Postawach]. Gwizd lokomotywy, jedziemy w nieznane żegnając oczami te pola, lasy, budynki [...]. Gdy skryły się dachy domów, już zrobiło się weselej, tym bardziej widząc uśmiechnięte twarze naszej młodzieży, która jechała z nami...”. Razem z innymi Stanisław znalazł się w sowieckiej kaźni, specjalnym więzieniu NKWD — Riazaniu. Przebył tyfus i inne choroby. Rodzina z utęsknieniem oczekiwała jakiejkolwiek wiadomości o stanie zdrowia i miejscu pobytu ojca.

Dopiero pod koniec 1944 roku, po przejściu frontu, przyjechał z Kujbyszewa (dawnej Samary) Rosjanin Szapiłow, nowy kierownik szkoły w Postawach, z wiadomością, że we wrześniu 1941 r. Stanisław Paszko zatrzymał się u niego na kilka dni i „ujechał w polskuju armiju”, czyli do armii Andersa.

We Włoszech Stanisława zastała wiadomość o zdradzie aliantów, którzy uznali rząd narzucony Polsce przez Sowietów. Po wojnie żołnierzy gen. Andersa przeniesiono do Anglii, gdzie później zostali zdemobilizowani. O powrocie do kraju nie było mowy. Stanisław Paszko jako były pracownik kancelarii personalnej Wojska II Korpusu, prowadzący akta osobowe, znający dossier oficerów, musiał pozostać w Anglii. Stanisław mieszkał w Anglii nie przyjmując angielskiego obywatelstwa. Zmarł w mieście Bradford w 1952 roku.

Źródło – artykuł Grażyny Zabłockiej w №37 Podkowiańskiego Magazynu Kulturalnego z 2002 roku, oraz pamiętnik postawianina Józefa Kiszkurno.

Stanisław Paszko
Postawy i Kobylnik na polskiej mapie (1928)

15 kwi 2013

Sowieccy partyzanci - galeria antybohaterów

Do napisania na ten temat pobudziła mnie informacja zamieszczona na oficjalnej stronie Postawskiego Rejonowego Komitetu Wykonawczego (Białoruś). W zakładce „Znani ludzie Postawszczyzny” wymieniono m.in. byłych partyzantów radzieckich – Fiodora Markowa, Wasilija Osienienko i kilku innych. Tworzy to coś w rodzaju galerii bohaterów. Chciałoby się spytać, czym odznaczyli się ci i kilku innych partyzantów, którzy mają być powodem chluby dla mieszkańców rejonu?

Fiodor Markow, w przyszłości dowódca sowieckiej partyzanckiej brygady im. K. Woroszyłowa, urodził się 24 grudnia 1913 r. we wsi Kaczaniszki postawskiego powiatu. Jego ojciec, Grigorij Markow, był stolarzem i najwidoczniej zarabiał niemało, skoro stać go było na opłacenie nauki syna w gimnazjum nauczycielskim im. Józefa Piłsudskiego w pobliskich Święcianach. Tam młodzian zaczął czytywać nielegalną literaturę i pod wpływem poglądów lewicowych w 1934 r. wstąpił do nielegalnej Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi (KPZB). W roku 1936 został aresztowany za działalność antypaństwową i był więziony w Berezie Kartuskiej, a później przebywał w wileńskim więzieniu na Łukiszkach. W 1939 r. został uwolniony i mianowany przez nowe władze na przewodniczącego Święcianskiego Komitetu Wykonawczego.

Fiodor Markow był deputowanym Zgromadzenia Ludowego tzw. Zachodniej Białorusi, obradującego w dziach 28-30 października 1939 roku w okupowanym przez źwiązek Sowiecki Białymstoku. Był członkiem tzw. Pełnomocnej Nadzwyczajnej Komisji, liczącej 66 osób, delegowanej na sesję Rady Najwyższej ZSRR w Moskwie, w celu przedłożenia uchwały Zgromadzenia Ludowego z prośbą o włączenie Zachodniej Białorusi w skład źwiązku Sowieckiego.

Po ataku Niemiec na ZSRR w 1941 r. uciekł na Wschód z Armią Czerwoną. Ukończył kurs dla dywersantów prowadzony przez NKWD we wsi Biełyje Wody (koło Briańska, Rosja) i z dwoma towarzyszami (w składzie grupy «170-Б») został skierowany za linię frontu do powiatu postawskiego. Jego grupa miała prowadzić działania dywersyjne na liniach komunikacyjnych Niemców. Do celu Markow dotarł sam. Wkrótce utworzył nieduży oddział, z którym przeprowadził kilka udanych akcji na liniach kolejowych.

Najbardziej znaną operacją była zasadzka na drodze ze Święcian do wioski Łyntupy. 20 maja 1942 r. F. Markow, W. Saulewicz i kilku innych partyzantów ostrzelali samochód, w którym znajdował się niemiecki komisarz okręgu wilejskiego generał Beck i jego pomocnik – dowódca wilejskich oddziałów żandarmerii. Według wspomnień W. Saulewicza (byłego oficera Armii Czerwonej) z zabitych zdjęto ubrania, a z palca Becka ściągnięto złoty pierścień z brylantem. Później pierścień przekazano krewnemu Markowa, kuzynowi Wasilijowi – rzekomo „w zamian za żywność”. Według prawa jest to szabrownictwo, za które w czasach wojny rozstrzeliwano. Jednak ci ludzie najwidoczniej nawet nie zdawali sobie sprawy z ohydy i niemoralności takiego zachowania, skoro Saulewicz pisze o tym wprost.

Wskutek wyżej opisanej operacji poza Niemcami ucierpieli też niewinni ludzie – tego samego dnia Niemcy schwytali 200 mieszkańców wsi Szudowcy, Giruci i Łyntupy i wszystkich rozstrzelali. Fiodor Markow zaś został później odznaczony za tę akcję i objął dowództwo w utworzonej przez siebie brygadzie partyzanckiej im. K.Worosziłowa (w niektórych żródłach występuje ona jako "1-a wilejska"). Brygada ta została utworzona w listopadzie 1942 roku i operowała na terenie byłych powiatów postawskiego, wilejskiego i święciańskiego, gdzie dokonała wielu mordów na polskich partyzantach AK oraz ludności cywilnej.

Na rozkaz dowódcy brygady F. Markowa 26 sierpnia 1943 r. podstępnie rozbrojono polski oddział AK „Burza” porucznika Antoniego Burzyńskiego. Do polskiej bazy nad jeziorem Narocz przybył sam Markow, który zwrócił się do Polaków takimi słowami: «Witajcie, żołnierze. Otrzymałem z Moskwy rozkaz, aby rozbroić wasz oddział. Wypełniając ten rozkaz, moi ludzie was rozbroili. Teraz nie ma się czego bać. Nikomu z was nic się nie stanie. Daję wam słowo honoru radzieckiego oficera».

Już następnego dnia okazało się, ile było warte słowo honoru Markowa: 50 osób, w tym oficerów, rozstrzelano; 80 zwykłych partyzantów puszczono do domu bez broni, a 70 przymusowo wcielono do oddziału radzieckiego. Niedługo potem rozstrzelano kolejnych 30 Polaków, pozostali uciekli.
W dodatku dziennika «Rzeczpospolita» pt. «Żołnierze wyklęci 1943-1963», w zeszycie Nr1. z 30.03.2011 roku «Historia antykomunistycznego podziemia niepodległościowego. Kresy w ogniu Sowietów», na stronach 10 -11, w artykule Kazimierza Krajewskiego pt. «Niewypowiedziana wojna, czyli pierwsze starcie», przytacza się fragment meldunku wysłanego z Narocza dnia 15. października 1943 roku przez Fiodora Markowa do Pantelejmona Ponomarenki, szefa Centralnego Sztabu Ruchu Partyzanckiego w Moskwie. F.Markow informuje w nim o aresztowaniu i rozbrojeniu 200 członków pierwszego oddziału partyzanckiego Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej porucznika «Kmicica» i przyznaje się wprost do rozstrzelania 80 żołnierzy tego oddziału wraz z jego dowództwem, w tym i dowódcy – porucznika Antoniego Burzyńskiego «Kmicica».

W raporcie do Stalina z lipca 1943 r. „O rozwoju ruchu partyzanckiego” dowódca Centralnego Sztabu Ruchu Partyzanckiego P. Ponomarienko wymienił „nieprawidłowości” w stosunku do mieszkańców wsi i wioseczek: „Szabrownictwo, czy też odbieranie produktów żywnościowych, nieuzasadnione rozstrzeliwanie i akty represji w stosunku do ludności, nieprzyzwoite zachowanie wobec kobiet w czasie przebywania niektórych oddziałów w wioskach, przeciągające się stacjonowanie, próby unikania spotkań z przeciwnikiem”.

Działo się to między innymi i na terenie byego powiatu postawskiego, gdzie urzędowały liczne oddziały z brygady Markowa. Terroryzowały one miejscową ludność, zwłaszcza Polaków. Na posiedzeniu postawskiego nielegalnego Komitetu Rejonowego Komunistycznej Partii (bolszewików) Białorusi, które miało miejsce w marcu 1944 r., komisarz oddziału im. Suworowa wystąpił z raportem „O wypełnieniu decyzji biura Komitetu Rejonowego z dnia 20 lutego 1944 r. o likwidacji niewłaściwego traktowania miejscowej ludności”. Skromny zwrot w tytule oznaczał w tym przypadku grabieże i zabójstwa ludności cywilnej, których skala była tak wielka, że pokolenie, które przeżyło wojnę – a przynajmniej Polacy – unikali słowa „partyzanci”. Staruszkowie z naszej wioski, wspominając czasy wojenne, mówili „ci bandyci”.

W 1944 r. Ponomarienko pisał: „Mają miejsce przypadki niewłaściwych stosunków niektórych z dowódców i komisarzy oddziałów z dziewczętami-partyzantkami. W brygadzie partyzanckiej Markowa jest 30 partyzantek [w lipcu 1944 r. było ich już 116]. W walkach bierze udział tylko 9 z nich. Wiele wyszło za mąż [żyły razem z mężczyznami]. Markow również ożenił się z niepełnoletnią”.Stosunki pozamałżeńskie z niepełnoletnią były według prawa czynem karalnym.
Wiadomo więc, w jakim celu partyzanci w trakcie grabienia wiosek zabierali damskie sukienki, bieliznę i biżuterię – były to najwidoczniej prezenty dla ich kochanek. W niektórych rodzinach byłych partyzantów zapewne po dziś dzień „pamiątkami rodzinnymi” bywają ozdoby, które zostały tak naprawdę zdobyte w rezultacie kradzieży, rozbojów i mordów.

Moja babcia Adela K. opowiada o draństwach Markowców (miała wówczas 43 lata): „Nocą do naszego domu wdarli się partyzanci i w brutalny sposób, używając niecenzuralnego słownictwa, zażądali, by wydać im rower. Kiedy odpowiedziałam, że roweru nie ma, to dowódca (w skórzanej kurtce, przepasany wojskowym pasem) uderzył mnie w głowę rękojeścią pistoletu. Krew z rany zalała mi twarz. Drugi partyzant wyjął z karabinu wycior i zaczął bić mnie nim po plecach. Po pobiciu zaczęli przeszukiwanie, w rezultacie którego, oprócz produktów spożywczych, zabrali precjoza jubilerskie (kolczyki, pierścionki), damską spodnią bieliznę i odzież, kupony tkanin na sukienki”. Oczywistym jest, że wszystko to było przeznaczone na prezenty dla kochanek – „partyzantek”. To zdarzenie było typowe na Postawszczyźnie.

Po wojnie Markow, który w międzyczasie awansował na pułkownika i został uhonorowany tytułem Bohatera źwiązku Radzieckiego, pracował jako zastępca przewodniczącego Mołodeckiego Obwodowego Komitetu Wykonawczego. Jego profil psychologiczny: fanatyzm, mściwość i brawura, jego cechy dobrze znane ludności byłego powiatu postawskiego. Zmarł 14 stycznia 1958 r. Jego imieniem nazwano ulice w miastach Postawy, Mołodeczno i Łyntupy – nawet w Łyntupach, gdzie z powodu Markowa rozstrzelano 200 osób. Czyż to nie kpina z ich pamięci?

W Postawach, na głównym placu miasta, w pobliżu pomnika Lenina, do dziś znajdują się płyty upamiętniające kilku dowódców sowieckiej partyzantki, w tym Fiodora Markowa, komendanta brygady im. Worosziłowa. Natomiast w miejscu rozstrzelania oddziału AK nad jeziorem Narocz, gdzie zginęło 80 osób, Białoruskie władze nie pozwalają nawet postawić krzyża. O ile wiem, pamiątkowy krzyż udało się postawić tylko na terenie kościoła w wiosce Narocz (były Kobylnik).

Niektórzy z podopiecznych Markowa dorównywali kroku swojemu dowódcy – na przykład Grigorij Kriukow. Ten były dowódca partyzanckiego oddziału „Groźny” (Грозный) z brygady Markowa, urodził się w wiosce Alce (Альцы) powiatu postawskiego, w rodzinie starowierca Zinowija Kriukowa. Były mieszkaniec Nowopola, Kajetan Rożnowski, wspominał następującą historię: „W 1926 roku, kiedy budowałem dom mieszkalny, miałem wynajętych traczy do przetarcia kloców na deski. Tracze ci pochodzili ze wsi Jałce o 7 km. od Nowopola. Byli oni wyznania starozakonnego – mieli duże zarosty na głowach i brody. W czasie tarcia desek przez tych traczy był u mnie w gościach Pan Stanisław Brykner z Jasniewic, którego ugaszczałem po obejrzeniu mojej działki w cieniach jabłoni. Pod humorkiem prowadziliśmy rozmowę o przeszłej wojence. 

Cieszyliśmy się z tego, że będziemy sąsiadami. W trakcie naszej pogawędki posłyszeliśmy przeraźliwy krzyk chłopca, jednocześnie spostrzegliśmy jak jeden z traczy okładał kijem krzyczącego chłopca. Podbiegłem do tego tracza i wyrwałem mu kij z ręki, zapytując go, za co on bije kijem chłopca? Tracz odpowiedział mi: „Sprytny baran, wot on tobie isportił jabłoń” (odłamał sęk z jabłkami) – przy tym pokazał mi zwisający i odłamany sęk z jabłkami u jabłoni stojącej tuż obok nich. Usiłował nadal bić tego chłopca – jako syna swojego – na co zapobiegłem, trzymając tego chłopca. Wówczas ojciec krzyczał do syna: „Całuj, baranie, w nogi”. Chłopiec [był to Grisza Kriukow] rzucił się do moich nóg. Podniosłem go i powiedziałem, żeby wszystkie jabłka zebrał ze złamanego sęka dla siebie. Początkowo ociągał się, jednak na moją zachętę, jabłka obrał i zapakował do torby od chleba. Na tym cała historia się skończyła”.

A jednak Grisza Kriukow najwidoczniej zachował urazę. Ludzie zamożniejsi od jego rodziców wydawali mu się wrogami. W latach 30-tych w okolicach miasteczka Duniłowicze jeden za drugim zaczęły płonąć domy bogatszych ziemian (Woronowicza, Drużniewskiego). Później okazało się, że podpalaczem był Grigorij Kriukow. Wraz z nadejściem Rosjan we wrześniu 1939 r. podpalacz Kriukow podjął pracę… w milicji. Do czerwca 1941 r. pracował we wsi Kriwoje Sieło. W czasie okupacji niemieckiej utworzył uzbrojoną grupę. Później dołączył do brygady Markowa, gdzie został dowódcą oddziału „Groźny”, która działała w okolicach wiosek Duniłowicze i Woropajewo.

20.VI. 1943r. o godz. 4 po południu, we wsi Drozdowszczyzna, niedaleko Duniłowicz, partyzanci zabili księdza Eugeniusza Łateckiego. Moim zdaniem, z tą zbrodnią mogą mieć coś wspólnego partyzanci z oddziału „Грозный” (Groźny), którym dowodził Grigorij Krjukow. Pośrednio wskazują na to wspomnienia byłego mieszkańca powiatu postawskiego Koetana Rożnowskiego, który piszę: „Wczesną wiosną 1943 roku ponownie pojechałem do Nowopola [postawski powiat], by tam nadal prowadzić rolną gospodarkę oraz wykończyć budowę domu. Po przybyciu do Nowopola stwierdziłem, że w okolicach są niepokoje z powodu dokonywanych najść partyzantów sowieckich. Sporo było dokonywanych zabójstw na osobach pochodzenia polskiego […].W okolicach gminy duniłowickiej i innych gmin sąsiedzkich operował oddział partyzantów pod nazwą „Grisza” [oddział «Groźny» Grigorija Kriukowa].

Następnie Rożnowski kontynuuje: „Należy nadmienić, że czynność partyzantów sowieckich polegała przeważnie na likwidowaniu Polaków i zamożniejszych gospodarzy. Działalność ich przeciwko Niemcom była znikoma, za wyjątkiem podłożenia kilku bomb na drodze lub na szynach kolejowych”. Inny mieszkaniec postawskiego powiatu (S.Bachir) wspominał: „Pamiętam za okupacji, kobieta prosiła ojca by powiadomił komendaturę niemiecką w Woropajewie – leśni (partyzanci) wieś za rzeką grabią. Przyjechali, domy płonęły, a zgwałcone kobiety i dzieci płakały”.

Po wojnie Kriukow pracował w postawskim oddziale milicji. Zachowały się jego wspomnienia z tamtego okresu, które zawierają następujący fragment: „Po wojnie dowodziłem przez pewien czas grupą bojową do walki z burżuazyjnym nacjonalistycznym (polskim) podziemiem. Osobiście schwytałem w lasach 16 bandytów, a pięciu zastrzeliłem w czasie walki”. Nawet po wojnie ten człowiek znalazł odpowiednią dla siebie pracę, polegającą na zabijaniu ludzi, którzy nie przyjęli radzieckiej władzy, inaczej myśleli i w odmienny sposób widzieli przyszłość swojego kraju.

Jeszcze jeden znany dowódca z brygady Markowa to Wasilij Osienienko. Urodził się w 1916 r. we wsi Lipniki w rejonie postawskim. W latach 1939-1941 pracował w wilejskim obwodowym zarządzie NKWD (według Wikipedii). W czasie wojny był zastępcą dowódcy wywiadu oddziału im. Suworowa. Potem był sekretarzem komsomołu partyzanckiego oddziału „Sława” i jednocześnie sekretarzem postawskiego nielegalnego Rejonowego Komitetu Komsomołu. Po wojnie był zastępcą przewodniczącego Postawskiego Rejonowego Komitetu Wykonawczego. W latach 1967-1971 – pierwszym sekretarzem Głębockiego Rejonowego Komitetu Partii. Był też deputatem Najwyższej Rady Białoruskiej SRR i Bohaterem Pracy Socjalistycznej (1966).

Na podstawie biografii widać, że ten „znany partyzant” przed wojną zdążył zaliczyć pracę w wilejskim (Wilejka) oddziale NKWD. Co działo się w Wilejce i całym obwodzie w tamtym czasie? Od września 1939 r. do 22 czerwca 1941 r. w Wilejce skazano na śmierć przez rozstrzelanie nie mniej niż 1 000 osób, a w całym obwodzie około 7 000 zupełnie niewinnych ludzi. „Śledztwa” tych nieszczęśników prowadzili funkcjonariusze NKWD, którzy wypełniali też wyroki, czyli rozstrzeliwali. Naiwnym byłoby myślenie, że pracujący w NKWD Osienienko nie miał z tym nic wspólnego. Jednego tylko dnia, 24 czerwca 1941 r., w wilejskim więzieniu zamordowano w bestialski sposób (według różnych ocen) 100 do 400 ludzi.
Były więzień, J. Kiszkurno, opowiada o metodach stosowanych przez funkcjonariuszy wilejskiego (Wilejka) NKWD w czasie „śledztwa”: „Prowadzą mnie korytarzem na dół i wkrótce znajdujemy się w piwnicy. W tym momencie przypomniały mi się straszne opowiadania o radzieckich więzieniach. To samo było ze mną. Zostałem sam na sam ze śledczym. Witam się i zamiast odpowiedzi dostaję dwa uderzenia – w brzuch i w głowę. Potem śledczy zadaje mi pytanie: „Za co was aresztowano?” I każe mi zrobić 60 przysiadów. Mówi: „Ty zajmiesz się gimnastyką, a ja będę zadawać Ci pytania…”.

Dalej pisze: „24 października 1940 r. zaraz po śniadaniu znowu mnie wezwano. Korytarz tym razem prowadzący nie do piwnicy, a do budynku NKWD. Tam śledczy podsuwa mi krzesło i mówi: „Siadaj i mów”. Mówię, że wszystko już powiedziałem, i od razu dostaję uderzenie w szczękę i głowę. Potem znowu: „Mów”. Odpowiadam, że nic już nie mogę dodać do tego, co mówiłem wcześniej, i znowu dostaję uderzenie w głowę. Tak w kółko cały dzień. Do bicia dochodziła ta zwana „gimnastyka”, czyli przysiady…”.

W czasach sowieckich 120 tys. zamordowanych mieszkańców t.zw. Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy uznano za ofiary Niemców – w rzeczywistości w czerwcu 1941 r. zabiły ich kanalie z NKWD. Jeśli dodać do tej liczby ludzi rozstrzelanych między 17 września 1939 r. a 22 czerwca 1941 r., to liczby będą jeszcze bardziej przerażające.

Pamiętam z dzieciństwa, jak do babci przychodziły jej przyjaciółki. Rozmowa często schodziła na temat wojny. Wspominały różne straszne historie, których świadkami (a czasami uczestniczkami) były. Słuchałem ich opowiadań o kradzieżach dokonywanych zarówno przez Niemców, jak i radzieckich partyzantów. Opowiadały, że Niemcy grabili zazwyczaj w ciągu dnia. Chcieli głównie żywność. Ale najścia Niemców były rzadkie. Partyzanci natomiast pojawiali się często, zawsze nocą, i zabierali wszystko po kolei – począwszy od produktów żywnościowych i samogonu do pieniędzy i biżuterii. Żeby cokolwiek uratować i nie umrzeć z głodu, trzeba było najcenniejsze przedmioty z gospodarstwa i żywność (na przykład zboże) zakopywać w ziemi.

Część skradzionej żywności partyzanci przekazywali samolotami na radzieckie tyły. W czasie rozmów w styczniu 1944 r. między komendantem wileńskiego okręgu AK i dowódcą radzieckiej brygady im. Gastełło, W. A. Manochinem, ten drugi nie zaprzeczył faktom grabieży, a powiedział jedynie, że żywność jest wywożona za linię frontu „dla wyżywienia rannych partyzantów”.

Niemcy przekazali wioski położone wzdłuż litewskiej „granicy” pod kontrolę litewskich ugrupowań zbrojnych. Stacjonowały tam silne garnizony, dlatego partyzanci nie pchali się w te tereny. Mieszkańcy powiatu, którzy mieli krewnych „po stronie litewskiej”, przeganiali tam swoje bydło i w ten sposób udało im się je zachować do końca wojny.

Często też miałem okazję słuchać strasznej historii o radzieckim partyzancie Ustinie Usowiczu. Znalazłem wspomnienia o nim w kilku książkach białoruskich, dotyczących ruchu partyzanckiego. Zbrodnia, o której będzie mowa poniżej, miała wydarzyć się w powiecie postawskim w czasie wojny. Niejednokrotnie słyszałem tę opowieść od ludzi starszego pokolenia. Opowiadali, że młody chłopak, partyzant AK o nazwisku Łowkis (nie pamiętam imienia) szedł z wizytą do wsi Macuty, gdzie mieszkali jego rodzice i 2 siostry. W małym lasku, zwanym przez miejscowych „Piwulszczyzna”, złapali go radzieccy partyzanci.
W tym samym czasie ze wsi Norkowicze szła do Macut kobieta, która wracała od krewnych. Usłyszała krzyki dochodzące zza krzaków. Ostrożnie podeszła bliżej (na wypadek, gdyby ktoś potrzebował pomocy) i zobaczyła grupę radzieckich partyzantów torturujących człowieka, w którym z przerażeniem rozpoznała chłopaka ze swojej wsi. Sowieccy sadyści wykłuli mu oczy, odcięli uszy, a żeby przestał krzyczeć, zakneblowali usta onucą. Potem schowali trupa pod stosem gałęzi. Przerażona kobieta pobiegła do wioski i wszystko opowiedziała rodzicom nieszczęsnego chłopca. Zobaczywszy okaleczone ciało syna, matka po tygodniu zmarła na zawał.

Po wojnie, na początku lat 50-tych, na przewodniczącego jednego z kołchozów na Postawszczyźnie mianowano „znanego partyzanta” Ustina Usowicza z brygady Markowa. Kobieta, mimowolny świadek zbrodni wojennej, rozpoznała w nim jednego z zabójców. Wkrótce dowiedział się o tym cały kołchoz. Do przewodniczącego zaczęto odnosić się jak do zwierzęcia, a nie człowieka. Ojciec zamęczonego chłopaka chciał zakłuć Usowicza widłami. Żeby powstrzymać ojca od grzechu, jedna z córek, mieszkająca wówczas w Wilnie, zabrała ojca do siebie.

Jako przewodniczący kołchozu Usowicz również pozostawił po sobie złą pamięć. Opowiadano, że lubił wypić. Rzadko widziano go trzeźwym. Zaczepiał kobiety. Do ludzi odnosił się w sposób chamski i z pogardą. W książce N. Klimowa i N. Grakowa pt. «Partizany Wilejszcziny» (partyzanci wilejszczyzny) mówi się o Usowiczu: „Partyzant-łącznik i komsomolec Ustin Usowicz, zgodnie z zadaniem otrzymanym od organizacji komsomolskiej, zabił za dnia na centralnej ulicy miasta Postawy faszystowskiego oficera, zabrał jego broń i rower i uciekł do partyzantów”.

Również książka „Pamiat”, wydana przez mińskie wydawnictwo Bełta w 2001 r., zawiera wzmiankę o Usowiczu: „10 lipca 1943 r. bojownik Ustin Usowicz w mieście Postawy za dnia, na ulicy, zabił z pomocą rewolweru niemieckiego feldwebela. W tym czasie z drugiej strony nadszedł żandarm, który został zraniony przez Usowicza…”. Jak widać w powyższym fragmencie, niemiecki „oficer” został tu zdegradowany do sierżanta, pojawia się też inna osoba – „żandarm”, który „został zraniony”.

Sam U.Usowicz, będąc pod wpływem alkoholu, opowiadał tę historię jeszcze inaczej (wersja trzecia). Jego „wyznanie” przekazał potem jeden z brygadzistów kołchozu, towarzysz Usowicza w piciu. Usowicz opowiadał, że Niemiec był zwykłym, niemłodym już żołnierzem. Zobaczywszy skierowaną na siebie lufę, upadł na kolana, płakał i coś mówił po swojemu – zapewne prosił o litość. Wyjął z wewnętrznej kieszonki munduru zdjęcie rodzinne i zaczął je pokazywać. Usowicz, rozumiejąc, że nie może dłużej zwlekać, wystrzelił. Uświadomiwszy sobie, że powrót do domu może być niebezpieczny, zabrał rower i odjechał w stronę lasu, do partyzantów. Jeszcze na początku obecnego wieku ludzie starsi wspominali Usowicza z niechęcią.

Tę „galerię antybohaterów” można by kontynuować, ale pisanie o tych ludziach nie jest przyjemne. W pamięci wielu mieszkańców Postaw i okolic sowieccy partyzanci zawsze pozostaną grabieżcami, ludźmi stosującymi przemoc i gwałt i okrutnymi zabójcami.

P.S. Pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku władze krajów bałtyckich (Łotwy i Estonii) podjęły spóźnioną, lecz sprawiedliwą próbę rozpoczęcia procesów sądowych przeciwko niektórym z byłych sowieckich partyzantów i funkcjonariuszy NKWD. Największym echem w świecie odbiła się sprawa Wasilija Kononowa, byłego dowódcy oddziału partyzanckiego, którego z ogromnym zacięciem broniła Rosja. A jednak mimo nacisków sprawiedliwość wzięła górę. Najwyższy Sąd Łotwy uznał go przestępcę wojennego i skazał na kilka lat więzienia. Wyrok zatwierdziła Wielka Izba Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Kononow zmarł jako przestępca. Jego zbrodnia polegała na tym, że na jego rozkaz w bestialski sposób zamordowano 9 mieszkańców wsi Małyje Baty (Łotwa), w tym 3 kobiety, z których jedna była w dziewiątym miesiącu ciąży.
Źródła i literatura:
  • Wspomnnienia mieszkańców byłego powiatu postawskiego.
  • I. Klimow, N. Grakow, «Partizany Wilejszcziny».
  • Książka «Pamjać», wydawnictwo «Biełta», 2001 r.
  • B. Sokołow, «Okkupacija».
  • K. Rożnowski «Wspomnienia».
  • J. Zwierniak «W bolszewickich tjurmach 1939-1941».
  • Strony internetowe. 

Powojenne zdjęcie byłych dowudców sowieckich partyzanckich oddziałów. W górnym rzędzie pierwszy od lewej - Fiodor Markow
Grigorij Kriukow


26 sty 2013

Postawianin – żołnierz armii Andersa

Mój ojciec Józef Kuchalski urodził się 9 czerwca 1913r. we wsi Drozdowszczyzna gmina Woropajewo powiat postawski. Był synem Alfonsa Kuchalskiego i Wincenty z Gińków. W latach 1921-1927 uczęszczał do wsi Bałaje do szkoły powszechnej i ukończył 6 klas. Następnie w latach 1929 do 1931 kształcił się w Państwowej Szkole Rolniczej w miasteczku Łuczaj powiat Postawy.

Wkrótce potem został powołany do służby wojskowej, którą odbył w Zambrowie powiat Łomża w 71 pułku piechoty. Po powrocie do domu pracował w gospodarstwie ojca. Działał w Stowarzyszeniu Młodzieży Polskiej im. Św. Stanisława Kostki przy parafii kościoła w Drozdowszczyżnie. W 1936 wzął ślub z Aleksandrą z domu również Kuchalska wyznania prawosławnego z pobliskich Trzeszun.

We wrześniu 1939 znalazł się w szeregach 6 p.p. Legionów Józefa Piłsudskiego i dzielił szlak bojowy 1 Dywizji Legionów z Wilna. Po zakończeniu działań wojennych wrócił do rodzinnej wsi do rodziny. 10 lutego 1940r. uwięziono i deportowano na Sybir jego ojca Alfonsa Kuchalskiego. Po dwóch miesiącach 13 kwietnia 1940 sowieci wywieżli Józefa Kuchalskiego wraz z całą rodziną do Kazachstanu.

W książce Piotra Żaronia „Deportacje na kresach” Wyd. MON z 1990r. Witold Kuchalski syn sołtysa Wincentego Kuchalskiego z Bałajów tak wspomina moment wywózki: „Pamiętnego wiosennego poranka, tuż przed wschodem słońca, pod nasz dom zajechały dwie furmanki z trzema osobami w mundurach wojskowych. Przedstawili matce pismo NKWD, mówiące o wysiedleniu na Syberię w celu połączenia się rodziny, czyli z ojcem. Wyznaczono 3 godziny na spakowanie się.

Możno było zabrać jedzenie na dwa tygodnie, ubranie, bieliznę, pościel, rzeczy osobiste. Przy pakowaniu asystował nam przedstawiciel sielsowieta o nazwisku Gińko (mieszkał w sąsidniej wiosce oddalonej o3 km). Pojechaliśmy do stacji kolejowej Woropajewo i tu załadowano nas do zwykłych wagonów towarowych. W wagonie były 4 rodziny, same kobiety, dzieci i starcy. Pod eskortą wojskową ruszyliśmy w drogę, która trwała do połowy maja 1940 roku.

Nasze wagony miały prycze, w rogu otwór na WC, na środku żelazny piecyk. Było też trochę drzewa i węgla i dwa wiadra wody. Okna zakratowane drutem kolczastym. Oświadczono nam, że w wypadku próby ucieczki zostanie użyta broń palna. Transport liczył około 50 wagonów. Na wschodniej granicy ZSRR i Polski musieliśmy przejść do innych wagonów – o szerszym rozstawie kół. Dzieci i kobiety płakały, pytały żołnierzy ochraniających transport, gdzie nas wiozą. Odpowiedzi nie było, gdyż oni też nie wiedzieli, wykonywali tylko rozkaz NKWD.

Transport ruszył w kierunku Smoleńska i dalej na wschód. Jechaliśmy dzień i noc. Nie wiadomo, za co zabrali nas na tę Syberię. Kiedy transport przekroczył Wołgę, otworzono drzwi i okna. Dostaliśmi gotowej wody i zupy na osobę. Oficer w randze kapitana powiedział, że teraz możemy uciekać, jeśli ktoś tego pragnie. Oni nie będą strzelać.

W Czelabińsku zmarło pierwsze dziecko, miało zaledwie kilka miesięcy. Zgłosił się żołnierz z bronią, zabrał niemowlę i coś powiedział do rodziców. Pamiętam, że rodzice tego dziecka byli bardzo młodzi, pamiętam nawet nazwisko ojca – Józef Kuchalski, póżniej kierowca w armii Andersa we włoszech. W 1947 roku wrócił do Wałcza i był tam dyrektorem PGR".W opowieści Witolda ten fragment dotyczy moich rodziców. Wówczas w wagonie zmarła ich córka Wiesława, urodzona tuż przed wojną w sierpniu 1939r. Deportowani ich do Kazachstanu, gdzie pracowali w miejscowości Siemijarsk.

Po wybuchu wojny w 1941r. i po podpisaniu układu między Polskim Rządem na wygnaniu i Związkiem Radzieckim, Józef został zwolniony. Dnia 25 lutego 1942 r. otrzymał skierowanie do polskiej armii. Wstąpił do armii Andersa 18 marca 1942 w miejscowości Ługowoje. Został przydzielony do 3 Dywizji Strzelców Karpackich do 4 batalionu pod dowództwem ppłk Karola Fanslaua. Przeszedł cały szlak bojowy od Persji przez Irak, Papestynę, do Włoch. Był kierowcą ciężarówki którą woził paliwo dla oddziałów.

W maju 1944 roku armia Andersa brała udział w zdobyciu klasztoru pod Monte-Cassino. 17 maja 4 batalion dostał rozkaz zdobycia wzgórza 593. Ojciec był wówczas w kompanii dowodzenia pod rozkazami mjr Leona Firczyka i uczestniczył w natarciu. W natarciu ginie dowódca 4 batalionu ppłk. Karol Fanslau. W dniu następnym o godz. 7 oddziały zdobyły wzgórze 593. Następnie ojciec brał udział w bitwie o Anconę i Linię Gotów, oraz w walkach o Bolonię.

Po zakończeniu II wojny światowej Armia Andersa została ewakuowana do Anglii do miejscowości Riwenhall. Do Polski ojciec wrócił w czerwcu 1947r. Zmarł 12 września 1977r. w Wałczu.

  • Te wspomnienia napisał Pan Ryszard Kuchalski specjalnie dla blogu „Miasto Postawy i okolice”. Serdecznie dziękuję.


Józef Kuchalski podczas służby w wojsku w 71 pułku piechoty w Zambrowie. Lata 30-e. Kopię zdjęcia przesłał Ryszard Kuchalski - serdecznie dziękuję.

Dowód osobisty J.Kuchalskiego

Dowód osobisty J.Kuchalskiego

Skierowanie do WP

Wyciąg z zeszytu ewidencyjnego

Józef Kuchalski stoi pierwszy z prawej. Kopię zdjęcia przesłał Ryszard Kuchalski - serdecznie dziękuję.

Józef Kuchalski siedzi trzeci od prawej. Kopię zdjęcia przesłał Ryszard Kuchalski - serdecznie dziękuję.

Zdjęcie wykonane w Anglii w 1947r. Józef Kuchalski pierwszy z prawej strony. Kopię zdjęcia przesłał Ryszard Kuchalski - serdecznie dziękuję.
Odznaczenia, które otrzymał Józef Kuchalski w Armii Andersa.


Józef Kuchalski

Od lewej stoi Wincenty Kuchalski, do 1939r. sołtys Bołajów, jego żona Anna oraz ich syn Witold. W opowieści Witolda ten fragment o Czelabińsku dotyczy śmierci córki J.Kuchalskiego Wiesławy, urodzonej tuż przed wojną w sierpniu 1939r. Witold Kuchalski póżniej wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego w Sielcach nad Oką i przeszedł cały szlak bojowy do Berlina. Po wojnie był oficerem w Wojsku Polskim i dosłużył się do stopnia pułkownika. Kopię zdjęcia przesłał Ryszard Kuchalski - serdecznie dziękuję.

Mapa postawskiego powiatu

27 lis 2012

Pamiętnik postawianki

W tym przedwojennym pamiętniku Zofii Sobaczewskiej (Dąbkiewicz), w latach 1935-1936, jej szkolne koleżanki z klasy V-a szkoły nr1 w Postawach, dokonywali wpisów. Osoby które się wpisały: Hołozubcówna Helena, Rachmanówna Ferencóna, Marja Haneczka, Kurczyńska Florjana, Janina Mollus, Sara Szubicz, Janka Kucharówna, Wandzia Drozdowska, Hela Chochlewiczówna, Smolska Marjanna, Ania Łukjaricówna, Teresa Wojciechowska, H. Siluraniukówna, Regina Gładziówna, Janka Łapcikówna, Gienia Skrycka, Janina Hołozóbcówna, Cedrowska Aniela.

Kopie stronic tego pamiętnika przysłał wnuk Zofii – Aleksander Dąbkiewicz. Serdecznie dziękuję.


















Z lewej strony stoi  Zofia Sobaczewska (Dąbkiewicz), właścicielka tego pamiętnika. Fotografia wykonana w 1938 roku na tle kościoła w Postawach. Kopię przysłał Pan Aleksander Dąbkiewicz. Serdecznie dziękuję.