29 maj 2011

Wspomnienia mieszkańców byłego postawskiego powiatu

Wspomina Karol Ziemiec 
(wieś Zadziew): "Z okolicami Postaw związane są po trochu losy mojej rodziny od strony mamy - Wilczyńskich. W 1939 roku proboszczem w Postawach został ks. Jan Romejko, który wcześniej był proboszczem w Dziśnie. W Dziśnie mieszkała moja rodzina. Dziadek - Władysław Wilczyński - był organistą a babcia - Maria - zajmowała się plebanią, mieszkali przy kościele. Dziadek przyjaźnił się bardzo z ks.Romejko i kiedy wybuchła wojna, umiescił swoją rodzinę w Stefanowie niedaleko Mior, a samo dzięki księdzu Romejce uciekł przed Rosjanami do Zadziewia. Tam dostał pracę jako organista. Jeszcze przed przyjściem Niemców (przed 22 czerwca 1941 roku), na wiosnę (przypuszczam, że w 1941, moja mama już nie pamięta dobrze - rocznik 1937) przywiózł właśnie do Zadziewia swoją rodzinę. Mieszkali w organistówce przy plebanii, która - jak wspomina moja mama była duża. Strasznie przeżyła pożar w organistówce, kiedy spalił im się pokój (mówiła, że zapamiętała to, bo spaliły się jakieś ptaki w klatce, kanarki czy jakieś inne,i strasznie płakała).
 

Przybycie Niemców w 1941 roku, zarówno moja babcia, jak jeszcze żyła - jak i moja mama wspominają dość poprawnie. Przyszli, zapytali się czy mogą przespać się w stodole, oficerowie przyszli na kolacje do domu, a żołnierze spali w stodole. Rano się zabrali, sprzątnęli po sobie w stodole i pojechali. Inaczej było z ruskimi partyzantami, ci to jak wpadli w nocy, to nawet niedzielną sukienkę babci zabrali. Niemcy kazali mojej cioci, która w 1939 roku zdała maturę w Dziśnieńskim gimnazjum, uczyć w szkole w Siwcach (inaczej wywieźli by ją do Niemiec na roboty). Zabierała tam moją mamę. Kiedyś do tej szkoły w Siwcach wpadli Niemcy i kazali dzieciom coś tam śpiewać, jeden z nich wziął moja mamę na ręce. Mama strasznie się bała. Mama opowiadała mi jeszcze, że do Postaw przyjeżdżała z babcią do łaźni, którą prowadziły jakieś siostry. I właściwie to wszystko co wiem z opowiadań od moich bliskich na temat Postaw i okolic. Niestyty nie mam żadnych zdjęć z okresu, kiedy tu przebywali. W Zadziewiu moi dziadkowie byli tylko do 1944 lub 1945 roku. Właśnie wtedy wrócili do Stefanowa, tam dziadkowie mieli jakiś mały majątek i stąd w 1946 roku repatriowali się na Mazury, koło Olsztyna". 

Wspomina Longin Kwiatkowski: 
„W 1939r. miałem jedenaście lat. Siedemnastego lub osiemnastego września z kilkoma kolegami bawiliśmy się przy drodze Postawy-Kobylnik, w pobliżu wsi Borodzino. Raptem zauważyliśmy, że na drodze ląduje polski samolot wojskowy. Podbiegliśmy do samolotu, bo było to dla nas bardzo ciekawe widowisko. Z samolotu wysiadł jeden pilot, a drugi pozostał w kabinie. Pilot wyjął mapę i zapytał nas, jak nazywa się najbliższa wieś. Powiedzieliśmy, że Borodzino, gmina Postawy. Lotnik podziękował nam i znalazł tę wieś na swojej mapie. Po chwili samolot ruszył z miejsca, przyśpieszył i wzleciał w stronę Postaw.

Pamiętam także, że tego samego dnia z wielką prędkością jechał po wyboistej drodze polski samochód ciężarowy. Wiózł jakieś skrzynie. Jedna z nich spadła na drogę, ale wojskowy kierowca pojechał dalej. Otworzyliśmy tę skrzynię. Były w niej naboje.
 

Jeszcze pamiętam, że jak rozpoczęła się wojna niemiecko-radziecka (22.06.1941r.), to jednego z pierwszych dni tej wojny nad naszym zaściankiem przeleciał niemiecki samolot, z którego zrzucono ulotki. Były na nich karykatury Stalina.” 

Wspomina Stanisław Jurkowlaniec:
"...Ojciec w pierwszych latach po I wojnie światowej służył w Policji, a następnie był urzędnikiem w starostwie powiatowym w Postawach. To miasteczko powiatowe w woj. Wileńskim, do którego rodzice się przenieśli, gdy miałem 2 tygodnie. Matka zajmowała się domem i wychowaniem dzieci. Ojciec pracował w Starostwie Powiatowym, jako urzędnik. Postawy- nieduże miasteczko z 15-oma tysiącami mieszkańców, w tym około tysiąca żydów. W ich rękach skupiało się 90 % handlu. Większość Polaków zajmowała się rolnictwem. Postawy były kiedyś własnością hrabiów Przeździeckich. Oprócz mnie rodzice mieli jeszcze czterech synów, z których troje zmarło w wieku dziecięcym. Młodszy brat Władysław zmarł w wieku 55 lat. Mieszkał we Wrocławiu, był mgr inż. mechanikiem. Pracował w dużym Biurze Projektów jako naczelny dyrektor. Żonaty, ale nie miał dzieci. Okres dziecięcy spędziłem na zabawach podwórkowych z bratem i kolegami. Często polegały one na "wojnach" z dzieciakami żydowskimi.
 

Mieszkaliśmy w drewnianym domu dwupokojowym. W miasteczku był kościół, synagoga, cerkiew, dwie szkoły podstawowe i gimnazjum. Po ukończeniu 7 lat zacząłem chodzić do szkoły, która mieściła się w dawnym pałacu hrabiowskim otoczonym pięknym parkiem. Nauka w szkole przychodziła mi bardzo łatwo. Z samymi piątkami przechodziłem z klasy do klasy i zawsze pełniłem funkcję starosty. W 1939 r. zdałem egzamin do gimnazjum. Uszyto mi wymagany mundurek, ale niestety 1-go września wybuchła druga wojna światowa. Niemcy napadły na Polskę. Nie miałem w gimnazjum ani jednej lekcji, bo zostało w związku z wojną zamknięte. W ogrodach kopaliśmy okopy, zaklejaliśmy okna paskami papieru, bo bano się, że Niemcy użyją gazów. Zaczęła się mobilizacja, zarekwirowano wszystkie samochody a żołnierze furmankami wyruszali na front na zachód. Był ogólny entuzjazm i pewność, że zwyciężymy. Niestety, jak się okazało byliśmy za słabi, znacznie gorzej uzbrojeni od Niemców.
 

Aż tu 17 września nadleciały samoloty z gwiazdami i rzucali ulotki, że czas wyzwolić naród białoruski. Radio podało wiadomość; że milionowa armia czerwona zdradziecko przekroczyła granicę, łamiąc podpisany układ i zadając nam zdradziecki cios w plecy. W tym dniu wkroczyły do naszego miasteczka czołgi i piechota sowiecka. Wśród wszystkich Polaków zapanowała rozpacz. W polskich domach modlono się i odmawiano litanię. W sklepach sowieccy żołnierze wykupili całą żywność, masło pożerali bez chleba. Tacy byli wygłodniali. Miejscowi Białorusini witali ich na kolanach. Rozwalili orła na pomniku niepodległości, ale betonowego wysokiego postumentu zniszczyć nie potrafili. (Gdy w 1990 r odwiedziłem Postawy, stał nadal).
 

Po wejściu sowietów gimnazjum zamieniono na rosyjską średnią szkołę, do której uczęszczałem tylko kilka miesięcy, bo Polaków po prostu wyrzucili. Nowe władze zorganizowały referendum na temat przyłączenia terenów do Związku Sowieckiego. Chciano powołać republikę białoruską stanowiącą część składową ZSSR. Głosowanie teoretycznie było "wolne ", ale po sfałszowaniu wyników (metodą sowiecką), 99 % głosów oddano na tak. Ponieważ w pierwszych miesiącach po wkroczeniu sowietów ojcu groziło aresztowanie przez NKWD - musiał uciekać na Litwę wtedy jeszcze wolną.
 

Miałem dużo wolnego czasu i czytałem całymi dniami książki, szczególnie „Trylogię” Sienkiewicza. Zacząłem chodzić na tajne nauczanie, które prowadził ksiądz. Niestety w krótkim czasie został aresztowany i zniknął. Przez kilka miesięcy pracowałem jako listonosz i bardzo polubiłem to zajęcie. W l940 roku zaczęły się wywózki Polaków na Syberię. Zamierzano wywieźć lub zlikwidować całą inteligencję, a szczególnie rodziny oficerów, policjantów, leśników i innych. Gdy na stacji kolejowej pojawił się długi skład pociągów towarowych, wszyscy obawiający się wywozu pakowali swoje rzeczy. Żołnierze NKWD dawali wywożonym 30 minut, pakowali na samochody, a następnie do wagonów i na Sybir. Takie akcje odbywały się przez długi czas. Nasza rodzina uniknęła wywozu, ponieważ ojciec, nie należał do grupy wyższych urzędników.
 

Po zajęciu przez sowietów Litwy i przyłączeniu jej do Związku Radzieckiego wyjechałem z Postaw do Święcian, w których mieszkałem początkowo z ojcem, a po jego powrocie do Postaw ja pozostałem w Święcianach. Mieszkałem u brata ojca Jana oraz u cioci Werci. Również tutaj pracowałem jako listonosz. Pod koniec 40-go roku rodzina przeniosła się z Postaw do Swięcian. Napad niemiecki na Sowiety w czerwcu 41 roku wywołał w społeczeństwie polskim olbrzymi entuzjazm. Wszyscy tak mieli dosyć "raju” sowieckiego. Początkowe miesiące wojny przyniosły błyskawiczne sukcesy Niemcom. Do niewoli trafiły setki tysięcy żołnierzy armii czerwonej. Ponieważ związek sowiecki nie podpisał konwencji międzynarodowej o ochronie jeńców, to miliony żołnierzy sowieckich traktowani byli nieludzko. Zamykani w zimie pod gołym niebem, prawie nie dostawali żywności. Bardzo często występowało zjawisko ludożerstwa. Po zajęciu terenów przez Niemców cała nasza rodzina wróciła do Postaw do naszego domu, niestety znacznie ograbionego.
 

W pierwszych tygodniach zorganizowała się policja polska, w obiegu zaczęły krążyć złotówki. Ale Niemcy szybko wprowadzili swoje porządki. Nasze miasteczko znalazło się w utworzonej przez Niemców Białorusi. Powstały urzędy, szkoły i policja białoruska. Stolicą tego kadłubowego państwa wasalnego został Mińsk. Walutą płatniczą, były marki okupacyjne. Zacząłem chodzić do gimnazjum białoruskiego, z którego szybko mnie wyrzucono, bo byłem Polakiem. Postępy wojenne Niemców na początku wojny z sowietami były błyskawiczne. W ciągu kilku tygodni doszli do Mińska. Okrążali i brali do niewoli setki tysięcy Rosjan. Jeńców umieszczano w szczerym polu. Po ogrodzeniu drutem kolczastym. Przywozili im nawet zimą po kilka ciężarówek surowych buraków. Miałem teraz dużo wolnego czasu. Spędzałem go na czytaniu, spotkaniach z koleżankami i kolegami, łowiłem ryby, zbierałem grzyby i jagody. Pracowałem przez kilka miesięcy w tartaku. Zacząłem chodzić na tajne nauczanie, które prowadził ksiądz. Niestety, i ten znów po pewnym czasie został aresztowany.
 

Niemcy niespodziewanie zaczęli mordować Żydów. Wydzielili kilka ulic, ogrodzili i spędzili do nich kilka tysięcy. Po pewnym czasie, gdy Żydzi nie mieli już złota żeby się wykupić, wywieziono młodych mężczyzn do gett w dużych miastach, a pozostałych (kobiety, dzieci i starcy) rozstrzelano. Likwidacja getta trwała prawie tydzień. W końcu, aby wykurzyć pochowanych, często na strychach, całą dzielnicę spalono. Na terenie całego kraju od dłuższego czasu rozbudowywało się silne polskie państwo podziemne posiadające swoje wojsko w postaci Armii Krajowej, której liczebność dochodziła do kilkuset tysięcy żołnierzy. Armia Krajowa prowadziła walki z Niemcami, wysadzając mosty, tory kolejowe i atakowała bezpośrednio oddziały najeźdźców.
 

W 1944 r jej oddziały zbliżyły się do Postaw. Z miasteczka zaczęła uciekać młodzież wstępując do AK. Ja z Bolkiem Wojciechowiczem też się tam udałem, ale z uwagi na zbyt młody wiek, musieliśmy wrócić do domu. Do A K uciekł również Stanisław Jasiukiewicz (po wojnie znany aktor), który wieczorami grał na trąbce polski hymn z wieży kościoła pobliskiej wsi (Zadziewie?). Dwie dywizje AK, razem z Rosjanami, wyzwalały Wilno. Niestety, po kilku dniach zostały w nocy okrążone w Miednikach w pobliżu Wilna. Wszystkich oficerów aresztowano, a żołnierzy, którzy nie chcieli wstąpić do wojska polskiego Wandy Wasilewskiej, wywieziono do wyrębu lasów w Kałudze.
 

W 1944 r. zaczął się zbliżać front. Ponieważ Postawy leżały na jednej z głównych tras komunikacyjnych, wyjechaliśmy z częściowym dobytkiem do spokojniejszych, zdaniem rodziców, Swięcian. Po przyjeździe zakopaliśmy cenniejsze rzeczy w ziemi obok domu Cioci Werci i tylko dlatego ocalały. Ja w czasie szturmu wojsk sowieckich przebywałem w piwnicy domu Cioci Werci, a reszta u brata Ojca Jana poza miasteczkiem. Ostatnie wycofujące się oddziały niemieckie podpaliły główne ulice, w tym również dom Cioci. Udało mi się wydostać z płonącego budynku i uciekłem w bezpieczne miejsce. Po dalszych postępach Rosjan i zajęciu Postaw, wróciliśmy wszyscy do domu, niestety ponownie ograbionego. W 1944 r. sowieci ogłosili mobilizację do wojska, obejmującą również rocznik 1926. Aby uniknąć wcielenia wyjechałem ponownie do Święcian, które należały do republiki litewskiej, i tam mego rocznika jeszcze nie powoływano. Po pewnym czasie wyjechałem do Wilna, często bombardowanego przez Niemców. W tym czasie wybuchło powstanie warszawskie.
 

Ostatecznie, aby uniknąć aresztowania (miałem dokumenty na nazwisko Piotrowicz) postanowiłem wspólnie z Bolkiem Wojciechowiczem (późniejszym rektorem Politechniki Poznańskiej ) oraz Stanisławem Rożnowskim, próbować wyjechać do Polski. Mogliśmy to zrobić tylko poprzez wstąpienie do wojska polskiego (Wojciechowicza nie przyjęto). Jechaliśmy przez 7 dni do Warszawy (w marcu 1944), w wagonach towarowych. Było zimno i głodno. Dojechaliśmy do zniszczonej stolicy, zgliszcza jeszcze dymiły. Zakwaterowano nas w koszarach, niedaleko Łazienek w pierwszym zapasowym pułku piechoty. Przebywałem tam nie umundurowany przez dwa tygodnie. 

Potem zgłosiłem się jako ślusarz (bo szukano fachowców ) i już bez kolegi skierowano mnie do Katowic. Po drodze w Łowiczu zostałem umundurowany. Spotkałem tam przypadkowo wujka Mieczyka, również jako żołnierza. Po przyjeździe do Katowic zostałem zakwaterowany na lotnisku cywilnym, które zostało zajęte dla celów wojskowych. Ponieważ dobrze znałem język rosyjski, zacząłem pracować w sztabie portu lotniczego jako jedyny pisarz. Większość oficerów było Rosjanami. Miałem tam bardzo dobry własny pokój, sprzątany codziennie przez volksdojczki. Były to osoby, które w czasie wojny przyjęły obywatelstwo niemieckie, oczywiste aby lepiej żyć .
 

W maju 45 r. dostałem list od Rodziców, którzy przyjechali do Polski jako przesiedleńcy (wypędzeni) i osiedlili się w Świebodzinie , którego nie mogłem na mapach początkowo znaleźć, bo za Niemców był to Schwiebus. Dowódca, pułkownik Igoszyn, dał mi tydzień urlopu i pojechałem do rodziny. Radość była wielka, bo długo się nie widzieliśmy. Paradowałem w mundurze kaprala, a Ojciec był bardzo dumny. Oczywiście oprócz Rodziców był tam brat Władek, ciocia Wercia oraz dużo kolegów i koleżanek łącznie z moją sympatią z podstawówki Haliną. Rodzice pozostawili w Postawach dwa domki drewniane, a w Świebodzinie dostali murowany dopłacając różnicę wartości....".  
Ze strony internetowej: "WARSZTATY IDEI OBYWATELI RZECZYPOSPOLITEJ"
 

Wspomina Adela Kwiatkowska:
„W 1939r., po kilku dniach po tym, jak przyszli Sowieci, poszłam z kilkoma kobietami na rynek w Postawach: przyniosłyśmy masło na sprzedaż. Miasteczka nie można było poznać. Wszędzie wisiały czerwone flagi i transparenty. Raptem zmieniły się twarze ludzi. U niektórych w oczach pojawiły się łzy. Dwóch krasnoarmistów konwojowało grupę czterech czy pięciu polskich wojskowych. Ich ręce były związane liną. Podeszłyśmy bliżej. Chciałyśmy tym pokutnikom dać trochę chleba, który miałyśmy ze sobą, ale jeden z krasnoarmistów nakierował na nas lufę karabinu z bagnetem i krzyknął:  Anu, otojditie! ”.
 

„Pamiętam, że gdzieś pod koniec jesieni 1939 roku Sowieci zorganizowali jakieś tam "wybory". Formalnie głosowanie nie było obowiązkowe, ale ktoś puścił pogłoskę, że jakoby tych, którzy nie wezmą w nich udziału lub przyjdą do punktów wyborczych jako ostatni, NKWD wpisze na listy zsyłanych na Syberię. Doprowadziło to do tego, że już bardzo wczesnym rankiem koło punktu wyborczego zebrało się wiele ludzi. Kiedy rankiem otworzono drzwi, zrobił się tłok i zaczęła bójka. Nikt nie chciał znaleźć się na tej liście”.

Wspomina Antoni Dziśko: 

(Postawy, lata 30). "Miasteczko było wtedy jak wielka wieś. Dom Tyzenhauza, i tutaj na placu kilka domków było. Ulicy byli takie: Łuczajska, Wileńska, Zadziewska Brasławska, Zarzeczna, Miadzielska.... Były postawione na środku ulic figurki Matki Boskiej. Na Brasławskiej też był obrazek taki wybudowany, kapliczka. Na tej ulicy równoległej, też była kapliczka. Na środku była postawiona, objazd był z jednej i z drugiej strony. Ale bolszewiki zniszczyli wszystko. I na końcu Wileńskiej też była postawiona kapliczka. Na trzech ulicach była. Na placu nic nie było. Budki, budki - żydowskie sklepiki".
 

Wspomina Alina Jacyna:
(wieś Kupa, lata 30). "Letnią porą do schroniska szkolnego przyjeżdżali nauczyciele z Wilna, z Grodna, z Warszawy i odpoczywali nad Naroczą. Były tam takie niewielkie drewniane fińskie domki, w których mieszkali. I była jeszcze Liga Morska Kolonialna, żaglówki na jeziorze, marynarze takie ładne. Jako dzieci chodziliśmy do tego schroniska, nosili z ogródka warzywa. Dawali nam pieniądze za to i potem kupowaliśmy sobie za nie lody i pestki. Narocz to była drewniana wieś, były tam 63 domy. Jeden gospodarz miał domek jak hotelik, też letnicy do niego przyjeżdżali. Potem była taka baza turystyczna w domu dwupiętrowym. Przyjeżdżały do niej rodziny z dziećmi z Grodna, z Wołkowyska, z Lidy, Warszawy, Wilna i Lublina. Kajaki byli, bardzo było dużo żaglówek. Był u nas pokoik jeden i też przyjeżdżali na wypoczynek. U nas prawie wszystko było tkane. I letnicy bardzo byli zainteresowani lnem, taniutkie płótno tam kupowali. Jeden sklep był niewielki, przy domach niektórzy gospodarze też trzymali sklepiki. Po wojnie zaczęli przyjeżdżać rodzinami na całe lato z Mińska i z Moskwy, odpoczywali u nas".
 

Wspomina Eugeniusz Wierzbicki:
(wieś Bucewicze, lata 30). "Tamtego życia nie chce się wspominać. Przed 1939 rokiem, chociaż to była Polska, a ja nic przeciw Polsce nie mam, sam jestem Polakiem, ale życie nie daj Boże jakie było ciężkie. Wielkie byli podatki, opłata za ziemię, a swoboda była dana Żydom i państwu, które byli bogaci. U nas ziemia była przy krzakach, przy lesie, a siły nie było, ojciec jeden. A ziemię jak zapuścisz, wtedy urodzaj nijaki, a musisz opłacić. Nie starczało chleba czarnego. A pracować musieli, od ciemno do ciemno. Swobody nie było, człowiek był uciśniony, na przykład w takich Komajach, to wioseczka maleńka, było pięć policjantów. Z pudełeczka zapałek ludzie każdą rozkrajali na połowę, żeby dwa razy zapalić. Zauważył coś policjant  — aresztowani. Cóż, na takiej wioseczce to tyle policjantów, pokazuchę trzeba zrobić, że pracują. 

W magazynach wszyscy byli Żydzi. Co rolnik ma, jajka, masło — to sprzeda im za bezcen. Kto więcej kupi? Oni żyli w takim dostatku. A musisz kupić i nafty, bo światła nijakiego nie było, i sól, i drugie takie drobiazgi. Oj, zaciśnięty był wtamte czasy naród. Choć życie było ciężkie, ale młodość zawsze swoje brała. I w tamte czasy weselili się, śpiewali. Na wsi na majowe zbierali się zawsze. Potem młodzież szła i śpiewała. Mieliśmy swoich miejscowych muzykantów i w domach tańczyli. W niedzielę wszystka młodzież do kościoła, po kościele zbierali się. Wyjdą z kościoła grupki: grupka trochę bogatszych i ładniej ubranych, i grupka biedniejszych. Bywa, że gorzej ubrany chce do lepszych, a oni uciekają, ,żeby nie podszedł".
 

Wspomina Zofia Jarosz:
(wieś Żaki). "Urodziłam się w dwudziestym piątym roku, szesnastego maja. I tu wyrosła, jak trawinka, jak ten polny kwiat, tu owieczki pasła, tu mój cały świat. To polski wierszyk, z polskiej książeczki, co uczyliśmy się go, jak chodziliśmy do szkoły. Na wiosnę zawsze śpiewali, toż takie ładne pieśni dawniejsze — teraz nie słyszysz takich pieśni. Śpiewają i teraz pieśni, ale narodowych takich, jak kiedyś śpiewali, to teraz nie ma, odmarło. Wieczorem dwudziestego trzeciego kwietnia już tam było słychać, że w tamtej wiosce śpiewają, i my też spiewaliśmy, tu było siedemnaście dworów, byłoż i ludzi, młodzieży! Na pagórek leźli, żeby dalej było słychać. No i śpiewali, dwa tygodnie śpiewali. Każdy wieczór zbierali się na majowe i śpiewali te pieśni. I żyto jak żeli, tak samo pieśni śpiewali".
 

Wspomina Jan Korsak: 
(wieś Wielinka, 1941rok). "Dwudziestego drugiego czerwca, to jusz Niemiec, ja już wtedy poszedłem do trzeciej klasy. Niemiec to, jak się mówi, jak by to powiedzieć sprawiedliwie, taki straszny wróg nie był. U nas Sowieci gorzej......... Myśmy patrzyli na Niemców....... Nawet było tak, że ja poszedłem ze stryjecznym bratem, no — popatrzeć na Niemców. I jeden z nich zawołał nas, dał nam pieniędzy, żebyśmy kupili jemu jajka. (Lata 50-e.) Prawosławnych nie było we wsi naszej. A potem już wszystkim napisali w dokumentach — białorusini, i wszystko. W Jasielle było pół wsi starowierzy. Tak było na wsiach, czasem było tak, że na połowę prawosławni, połowę starowierzy i katolicy. A potem zrobili tak, że wszyscy jesteśmy Białorusini. U mnie jest ojca paszport, dowód osobisty, i tam było — Kozłowski. Kozłowski toże nasze krewne. Tak to Kozłowski Edek to nie poszedł do wojska (radzieckiego). A mnie zabrali! Bo zapisali białorusinem… Było kazannie, że Polaków nie można brać".

Wspomina Eugenia Kozadojewa: (wieś Intoka, lata 30). "Prezydentem Polski był wtedy Ignacy Mościcki. A marszałkiem Polski był Józef Piłsudski. U niego byli dwie córki: Jagusia i Wandeczka. Pamiętam Piłsudskiego i prezydenta, pamiętam takie wąsiki u niego. A pamiętam też: „Pan prezydent Polski, co żyje w Warszawie, z obrazka na wszystkich spogląda łaskawie”. 

[Intoka, lata 30.] W jednym domu byli Litwini. Oni po litewsku nie rozmawiali, ale lubili Litwę. A tam Polacy, katolicy wszyscy, do kościoła chodzili do Hoduciszek, modlili się. Wszystkie takie dobre ludzie byli, sprawiedliwe. U nas w wiosce ani w parafii nie było prawosławnych. Cztery kilometry od nas w jednym domu żyli Moskale. We wschodniej części Postawszczyzny byli prawosławni, ale u nas nie".

Wspomina Berta Litwinowicz: 

y(wieś Jarzewo, lata 30). "Mamusia sama wszystko robiła, nawet air, taki zapach bardzo smaczny od niego. Na tym airu czasem piekła chleb. Na łopacie drzewianej w piecu wypalała tego airu, potem do pieca wsuwała chleb i potem smacznie pachniało. Nawet na ulicy czuć było zapach chleba domowego. Wszyscy rozmawiali po polsku, to był kawałek ziemi polskiej. A Litewcy dokazywali nam, że Hoduciszki - to ichnia ziemia, że to parafia ichnia i nie pozwalali nawet modlić się po polsku. Po wojnie zamykali kościoły. To już robili komuniści. W kołchozach, jak już zaczęły się kołchozy, to Litewcy jeszcze mieli swoją ziemię. Kiedy poszliśmy w kołchozy, oddaliśmy tę ziemię Litewcom. Tam gdzie nasza bła rodzina, już liczyła się litewska ziemia. A nasza granica białoruska przybliżyła się do Postaw".
 

Wspomina Leokadia Ochrymienko:
Leśniczówka „Kordon”. (1923–34). "Leśniczówka - to był duży budynek, prawie dwupiętrowy. Na drugim piętrze tylko pokój jeden był. Dla leśniczego tam 15 hektarów ziemi było, można było obrabiać, to obrabiał i służącą mama trzymała, i parobka trzymali, bo to kilka krów, i owce były, i świnie. Leśniczówka wyglądała ślicznie. Dom tak więcej pod lasem był, a tutaj do drogi to sad ojciec wysadził młodziutki. Pies był dla polowania na zające, pies był na ptaki. Ojciec i starsi bracia chodzili na polowanie. Leśniczowie czasami jeździli na wilka, na obławę. Pamiętam, mała jeszcze byłam, jak tych wilków zastrzelili, rozłożyli na ganku. Wyszłam z domu, patrzyłam na nie i bałam się, że mnie ugryzą. Zające, ptaki różne — wszystko było. Kiedy ojciec był leśniczym, to naturalnie, że żyło się lepiej niż później na gospodarce".

Wspomina Janina Owsiuk:

(1939) "To była niedziela i my byliśmy w kościele. Pamiętam, jak ludzie wyszli z kościoła, wszystkie rozmawiali między sobą, strasznie było wszystkim, że wojna się zaczęła. Wtedyż u prostych ludzi nie było ni radio, ni nic. Przyszli Sowieci z Rosji, na Postawy szli. My, dzieci, chodzili patrzeć, ciekawe było, bo my nie widzieli takich maszyn nigdy. 
Żydzi i Holokost: [Postawy, lata 30.–40.] Strasznie było, niemcy bardzo Żydów nie lubili. Boże, jacy ci ludzie byli biedni. Dlaczego oni nie uciekali do lasu, nie rzucali wszystkiego... Czemu czekali śmierci na miejscu? Teraz by już może tak nie czekali, żeby ich Niemcy zabrali i rozstrzelali. Toż getto tu w Postawach było, spędzili wszystkich Żydów i rozstrzelali ich. Rodzice znali Żydów. Pamiętam jak opowiadali, że zawsze kupują u znajomych Żydów mąkę i co jeszcze trzeba było zakupić, na ulicy Zarecznej (teraz przemianowali ją na Gagarina). Ot, jak idzie ulica Leninskaja, to tam na prawo ludzi wysiedlali i wszystko do drogi kolejowej było getto obstawione Niemcami, i tam zasadzili tych Żydów. Tam teraz są te mogiły, gdzie ich strzelali i chowali. Nieprzyjemne wspomnienie, ale cóż zrobić, tak było. Wszystkie tak dziwili się, że to bardzo strasznie, bali się, że tych Żydów zabiją, a potem może i Polaków rozstrzelają..... Wszystko mogło być".

Wspomina Bernardyna Rodziewiczówna: 

(Zaścianek Sadowszczyzna, lata 30). "Za Polski czas ojciec pracował na ziemi i mamusia też, wszystkie pracowali, trzymali krowy — żyli z tego. No nie bardzo było dobże, ciężko było żyć. Wielkie podatki byli. Mieliśmy cztery krowy, ja mała je pasłam, do szkoły mało chodziła. W naszym zaścianku było pięć domów, pięć rodzin. My swoją gospodarkę mieli. Ojciec trzymał konie, cztery krowy. Dzieci je paśli, pracowali, robili na gospodarstwie. Dobrze było, wesoło, lepiej niż teraz. Zbierali się często razem i jakoś tak było gorzej żyć, ale śmielej. I na tańce chodziliśmy, to do jednej wioski na zabawę, to do drugiej. Tak się u nas ludzie bawili. My w szkole po polsku uczyli się, ale w domu to nasz narodny język był białoruski: pajdziom, paszli — tak my mówili. Wszyscy u nas w zaścianku Polaki byli. W Szeremieżu i prawosławnych było dużo, ale w naszym zaścianku to wszyscy Polacy, katoliki. W sklepach w Kobylniku (postawski powiat) sprzedawali żydzi. Bardzo dobre oni byli, pamiętam. Polacy tak nie dawali na kredyt, a oni mówili: — Pani, proszę brać. Ja zapiszę, bierzcie, bierzcie. Jak będziecie mieć, wtedy oddacie. I oni tam wszystko targowali. Było bardzo dużo żebraków koło kościoła. Biedni tam siedzieli, prosili.
 

[Lata 50-e.] Kiedy nas wypędzili do kołchozu, ja pojechała do Mińska. Pracowałam rok. Jakiż tam Mińsk był wtedy, powojenny! Wszystko rozbite było. Nabierali tam na prace. Przyjeżdżał agent do nas do rajonu i wtedy brał. Oj, ciężko tam było pracować. Na budowach trzeba było siać piasek, roztwor robić. Było nas osiem kobiet. Potem pojechałam do domu. Mnie chcieli zostawić w Mińsku: — Zostawiaj się, damy mieszkanie, będziesz brygadierem, będziesz pracować. Nie chciałam, nie lubiłam w mieście żyć. Ja swój zaścianek lubiłam".

Wspomina Marian Bumblis: 

(wieś Rybczany, lata 30). "Rodzice byli bardzo religijne i patrioty polskie. Starali się. W poniedziałek był rynek, w niedzielę nie było żadnej pracy. To święto — w kościół. Kościół był od nas 10 kilometry. Wychowali się z religią i patriotyzmem. Znali, że religia daje człowiekowi tylko dobro. Mieli dwie krowy, dwa prosiaki, pięć–siedem owieczek, piętnaście–dziesięć kur. Siedemnaście hektary. Każdy wie, jak dużo dzieci — życie jest ciężkie. Ale bez dzieci też, nikt nie raduje się, u kogo nie ma zupełnie dzieci. Pracowali wszystkie jak mrówki, pracowali, modlili się, uczyli się, starali się. No, życie było ciężkie na ogół. Dom był 12 metry na 10. Dwa pokoje, spalnia, kuchnia, a potem jeszcze sień. Kto w spalni, kto na kuchni, bo to dziesięć nas.. Kiedy chłopczyki, po dwoje. Ja więcej spałem z ojcem, starsi dwaj bracia spali na jednym łóżku. A siostry dwie na drugim łóżku. Ale zmarła starsza siostra, to jedna spała z mamą. A ja z ojcem, a mniejsze — to już dwoje spało. No więcej używali co: kartofle, mleko, ale śmietaną dobrane. Mieli kury, ale jajko mało jedli, bo trzeba sprzedawać, trzeba na książki, do szkoły, ubranie, podatek. 

Życie nie było łatwe. Kartofle, ogórki, pomidory, morchewka, owoce: jabłka, gruszy, śliwy, wiśni, porzeczki, rzodkiewka. Tak, to wszystko, bo mieli ziemi dużo. Nigdy nic nie kupowali, nigdy nic. A sprzedawali: jajka sprzedawali, robili masło i sprzedawali. A same używali mało. Co kupowali? Ubranie, obuwie, podatek płacili, no i wszystko. Do szkoły półtora kilometra — trzeba obuwie, trzeba ubranie. Skromne ubranie było, skromne obuwie było. Jak lato, jak ciepło — to chodzili tylko na boso. I to wszyscy chodzili, nie tylko my. Bo tak było. Ale kiedy spodnie przerwały się, gdzie tam dziura, to nauczyciel mówił: — Powiedz mamie, żeby łatę położyła. Żeby kolano nie widać było. Nie było wstydu, że łata. No a buty robili tak: szyli ze skóry, ale podeszwa była drewniana. Ja, kiedy już mnie było 18 lat, poszedł uczyć się za szewca, szyć buty i uczył się do wojska. Starszy brat uczył się i pracował krawcem, jeden brat kowalem, a jeden był chłopem. My wszyscy starali się znaleźć sobie pracę, aby zarobić kawałek chleba. Tatuś umarł młodych lat, 55 lat i nas zostawił.
 

Zapraszali krawca. Przyjeżdżał, kilka dni był u nas i szył. Na miejscu karmiła mama jego. I pomierzy, i zrobi to wszystko. Marynarka i spodnie. Owce trzymali i to wszystko było z sukna. A mama prała i tkała sama. I z tego farbowali, i z tego szyli. Własny, żadnego nie kupowali nigdy w życiu! Nigdy w życiu! Nikt i nie widział, i nie pamięta. Płótno białe, bielizna swoja własna biała, wybielona, i cieniutka, i grubsza. Grubsza też była. Ja ukończyłem prawie pięć klas polskiej szkoły. Szkoła była półtora kilometra od naszej wsi Rybczany, w Kurtach. Nauczyciel był z Wołkowyska. I toż było w 1939 roku. Jeździli na wycieczkę, pomniki robili poległym żołnierzom. Jeździli na wycieczkę: Wilno, Warszawa, Kraków, Chorzów, Katowicy. Tam nas trzymali po rodzinach półtora miesiąca. Wróciłem do domu, kolegów miałem i… wojna.
 

My byli zapisane od bolszewików i gdyby Niemiec nie poszedł wojną, my byliby wysłani w Sybir. Bo półtora dnia zostało, przyjechał uczastkowy (dzielnicowy milicjant), mówił że nas zabierą na Sybir, wywiezą. Bo bogato żyli, 17 hektary ziemi, ale dwoje rodziców i dziesięć dzieci. A pracowali wszyscy jak mrówki. Nauczyciel Józef Suchoń był bardzo dobry, ale jak przyszli bolszewicy — zabrali na Sybir, tam on napewno zginął, z głodu zmarł. Bardzo był wielki patriota, bardzo dobry nauczyciel. No, jak on nas uczył w 1939 roku, jemu było może 22. Jak przyszedł — młody, ładny, dobry chłopak".
Ze strony internetowej "Polacy na Wschodzie"  

Wspomina Janina Pupkiewicz: 
„Napad Niemiec hitlerowskich na Polskę sparaliżował życie również na Kresach. Jak i pozostali mieszkańcy Wileńszczyzny, zdani byli na łaskę i niełaskę nowych władz.... W noc 20 czerwca 1941 roku do drzwi naszego domu w Komajach (teraz Postawski rejon) dobijali się enkawudziści z krzykiem: „Sobirajtieś z wieszczami”. Dom, celem znalezienia broni, przeszukano kompletnie. Nie było czasu na zniesienie ze strychu walizek czy podróżnych kuferków. Do worków po kartoflach wrzucali co się da. Nie zawsze z rozsądkiem, bo nieświadomi sytuacji (wyjątku nie stanowili), zamiast słoniny i chleba szukali rękawiczek i parasolek od słońca. Matka zalewała się łzami i mdlała, a ja nic nie rozumiejąc cieszyła na myśl o dalekiej podróży. Całą trójkę posadzono na wóz do wożenia gnoju i zakazano wszelkich rozmów między sobą. Uprzedzono, że w razie krzyków i wołania na pomoc zostaną rozstrzelani na miejscu.

Na stacji w Łyntupach (Łyntupy, obecnie w granicach Białorusi, postawski rejon) stały bydlęce wagony, w których, pomimo głębokiej nocy, tłoczyli się ludzie. Zanim zdążyli tam się przenieść, ojca za ramię szarpnął przedstawiciel NKWD mówiąc, że ten jakoby zapomniał zabrać jakieś dokumenty. Rodzice obrzucili się nawzajem cichym spojrzeniem i zrozumieli, że to podstęp. Mimo zapewnień ojca (Stanisław Pupkiewicz), że niczego nie zapomniał i że nie może zostawić swojej małżonki i nieletniej córeczki, brutalnie rozłączono go z rodziną. Nigdy więcej mama nie zobaczyła męża, a ja ojca....
 

Załadowane niczym towar do wagonów bydlęcych jechały tygodniami. Po drodze pociąg stawał, ale nikt nie ryzykował wychodzić, nawet po wodę, której ludzie nie widzieli niekiedy przez kilka dni. Pociąg mógł odjechać dopiero po kilku dniach, ale też mógł ruszyć w każdej chwili. Nie brakło takich, którzy na zawsze stracili swoich bliskich tylko dlatego, że poszli poszukać miejsca na stronie, by się załatwić. W wagonie do tego celu służyły dziury wybite przez pasażerów, ale w niektórych jechały same kobiety i dzieci i brak było odpowiednich narzędzi. Załatwiano się więc w kącie. Było upalne lato.... Ja dopiero w Połocku zaczęła poznawać smak wojny. Kolejny postój – raz po raz wybuchające poćiski, rozerwane szczątki ludzkie, umierający na peronach od niedożywienia ludzie, żołnierze w łapciach zamiast butów, brud, smród, bieda. Dosłownie wyrzucono nas na bruk w Barnaule (Ałtajski Kraj).
 

Po długim oczekiwaniu w niewiedzy dostali przydział do pracy w okolicy. Mieszkały w baraku. Mama (Jadwiga Pupkiewiczowa) pracowała przy wyrębie lasu. Zbliżała się zima. Ja z innymi dziećmi wygrzebywała z pól zgniłe kartofle. Położone na gorącym piecu były zjadane do cna. Na całe życie zapamiętała pierwszą Wielkanoc na wygnaniu. Świąteczny posiłek wspólnie spożywały trzy polskie rodziny, w tym Drozdów z okolic Wilna. W sumie 18 osób. Do podziału mieli tylko jedno jajko... „

P.S. Wanda Drozdowa z synami podzieliła los Pupkiewiczowej. Im też pamiętnego czerwcowego dnia zabrano męża i ojca. Patriotycznie nastawiona, po wojnie zdecydowała się na repatriację do Polski, ale zawiodła się bardzo. Po latach dzieci owdowiałych pań nawiązały ze sobą kontakt. W jednym z listów Wacek Drozd do Janeczki pisał: „Jeżeli chodzi o losy naszych ojców, to mogę napisać całą prawdę, bo rozmawiałem z naocznym świadkiem dokonanego bestialskiego mordu na niewinnych ludziach. Oni zostali zamordowani w dniach 23-26 czerwca 1941 w Berezweczu k/Głębokiego ( dziśnienski powiat) przez pachołków i morderców Stalina - NKWD. Naoczni świadkowie stwierdzają, że zaraz po przyjściu Niemców w obozie śmierci znaleziono ze względu na wielki pośpiech nie zakopane trupy. Wszyscy więźniowie mieli powiązane drutem ręce, jedni zamęczeni, inni zastrzeleni z pistoletu lub przebici bagnetem. Mieli poodcinane nosy i uszy. Nikt żywym nie uszedł. Ogółem zginęło ok. 8.000 ludzi. Kiedy w roku 1944 wrócili Rosjanie, w tym miejscu wszelkie ślady mordu zatarto. Zginęli za sprawę Polski, Honoru i Boga”. 

"Tygodnik Wileńszczyzny"

Wspomina Marian Bumblis:
(1939 - wieś Rybczany). „Kiedy przyszli sowieci (1939), to przez jakiś czas kilkanaście ich żołnierzy i jeden oficer remontowali most około naszej wśi. Jak wiadomo, po starej tradycji, około każdej polskiej wśi stoją wkopane krzyże. Ja byłem świadkiem takiej rozmowy, między jednym radzieckim żołnierzem i oficerzem. Żołnierz pyta: „Towarzysz komandir, a czemu tu około każdej wśi krzyże stoją?”. Na to pytanie oficer odpowiada tak: "Około każdej wśi władze stawili krzyż dla tego, żeby był strach, że jeśli ludzie nie będą słuchać rządu polskiego (panów), to będzie im taka kara – na krzyż". O religii ani jednego słowa on nie powiedział.

Po wojnie minęło kilka czasu, i władze zaczęły organizować kołchozy. Przewodniczące kołchozów i siełsowietów otrzymali rozporządzenie – wszystkie krzyże zniszczyć. Robili to tak: przewodniczący dawał miejscowym aktywistom, komsomolcom (a takich było w każdym sielsowiecie (gminie) 3-5 człowiek) na wódkę troche żyta albo pszenicy, a oni w noce piłowali krzyże, albo obliwali ich benzyną i palili. W taki sposob zniszczyli prawie wszystkie krzyże. Kościoły katolickie władze pozamykali, tylko niekture cerkwy (prawosławne) zostali. W kościołach robili magazyny towarowe, albo jakie kolwiek warsztaty dla remontu. 

Ze strony internetowej "Polacy na wschodzie"



                                                                   

1 komentarz:

  1. Opisane wspomnienia i nazwiska są mi znane. Od 1929r.mo 1945 mieszkałem w Pos-tawach, ul. Zadziewska. Bardzo dziękuję Panu Kwiatkowskiemu za blog w/wOlsztyn
    luty 2016r.

    OdpowiedzUsuń